niedziela, 7 czerwca 2009

Wygrzebane w sieci (znowu)


Krótka chwila relaksu od rysowania, dwa linki i w efekcie kilka godzin przeglądania:
-po pierwsze, archiwum „La gazette du Comptoir”., 78 numerów z prezentacjami tego co obecnie się dzieje w dorzeczu Loary i okolicy, grafika, fotografia, architektura, ale przede wszystkim komiks, ze szczególnym wskazaniem na awangardę i erotykę.
-po drugie, magazyn „Le Tigre”., a w nim mocny akcent komiksowy, czyli nie publikowane nigdzie indziej komiksy Killoffera (w każdym numerze dwie strony).
Jak ktoś ma chwile czasu i lubi takie klimaty to gorąco polecam.
I tyle, wracam do rysowania…

wtorek, 19 maja 2009

Gwoli ścisłości


W najbliższym czasie niestety nie będzie tutaj nic nowego, za co z całego serca przepraszam, ale muszę zdecydowanie ograniczyć swoją aktywność i skoncentrować się na realizacji albumu (muszę i chcę skończyć go w tym roku).
Z krótkich form pojawią się jeszcze moje cztery strony do scenariusza J. Szyłaka w „Scenach z życia murarza” i raczej nic więcej (no chyba, że jakimś cudem coś nabazgram do „Ziniola”), cała reszta pomysłów i projektów tymczasowo ląduje w szufladzie.
I jeszcze ogłoszenia parafialne:
-nie ma już czwartego tomu „Fastnachtspiel” („Infinitum”), nakład był mniejszy niż pozostałych części, więc rozeszło się szybciej.
-ostatnie egzemplarze „Międzyczasu” są jeszcze w Imago i Incalu.
I tyle.
Do zobaczenia/przeczytania za czas jakiś.

piątek, 24 kwietnia 2009

Tak to bywa, kiedy się komiksów nie czyta.


Oho ho, Aleja Komiksu zapodała wywiad z Andrzejem Klimowskim, jak rozumiem teraz czeka nas wysyp błyskotliwych opinii w komentarzach i kolejne przedefiniowanie definicji co jest a co nie jest komiksem?
A wracając do tematu, szkoda, że w wywiadzie nie pojawia się kwestia nawiązania przez Klimowskiego, w jego wcześniejszych publikacjach, do pierwotnej formy „powieści graficznej”, nie „komiksu” tylko właśnie „powieści graficznej”, czyli tego co podpada pod sprytną „komiksową” definicję Wilka: „Rodzaj sztuki, w którym ogólnie pojęta treść przekazywana jest za pomocą sekwencyjnie ułożonych, nieruchomych obrazów”.
Klimowski wie kim byli Lynd Ward i Laurence Hyde, nie mam pojęcia czy prowadzący wywiad Karol Wiśniewski ma taką wiedzę (niemniej bardzo dobrze wybrnął stosując zwrot „powieść graficzna”), jednak obawiam się, że takowej wiedzy nie posiada większość czytelników tego wywiadu (bez obrazy, ale te „pierwotne powieści graficzne” wciąż nie ujrzały w naszym kraju światła dziennego, chociaż podobno coś się ma niedługo zmienić w tej kwestii) i obawiam się, że pojawia się pewna bariera między udzielającym wywiadu a czytelnikami.
No cóż, to jedynie dowodzi jak dużo jest jeszcze do podgonienia na naszym rynku wydawniczym.
Z drugiej strony, moim zdaniem, Klimowski w swoich ostatnich publikacjach popełnia jeden z kardynalnych błędów (o którym zresztą wspominałem w poprzednim wpisie).
NIE CZYTA KOMIKSÓW.
A że nie czyta komiksów a jednocześnie bierze się za adaptacje literatury, to sporo pary idzie w gwizdek.
Bo „Mistrza i Małgorzatę” bardzo ciekawie zaadaptował na komiks Askold Akiszyn, zaś „Dr. Jekyll and Mr. Hyde” niestety nie może uniknąć zestawienia z rewelacyjną graficznie wersją Mattottiego.
Ja rozumiem, że te dwie „powieści graficzne” Klimowskiego można potraktować jako kolejną interpretację, niemniej wydaje mi się, że gdyby autor miał świadomość istnienia innych adaptacji, to nie tracił by swojego cennego czasu na „kolejną wersję”, albo te „kolejne wersje” wyglądałyby zupełnie inaczej.
Dlatego jeszcze raz pozwolę sobie zaapelować przynajmniej do tych nielicznych, bywających tutaj autorów, cholera, czytajcie cudze komiksy.

sobota, 11 kwietnia 2009

Czym się różnie krajowy autor komiksów od „zwłaszcza”? cz.2 czyli ludzie w różowych okularach.


-Krajowi autorzy komiksów (czyli nadal KAK), nie stanowią o dziwo jednolitej grupy (co nie mieści się oczywiście w głowach większości „masowych czytelników”), ba, KAK różnią się między sobą jak hamburger z makdonalda i rolada z kluskami i modrą kapustą.

-wydawać by się mogło, że chociażby z racji wieku, KAK są bardziej świadomi obecnej rzeczywistości niż „mistrzowie komiksu”. Okazuje się jednak, że nie do końca. Niektórzy spośród KAK załapali się na końcowy etap komiksowej hossy w naszym wspaniałym kraju, i tak już im zostało. W domowych zaciszach dłubią mozolnie swoje albumy, pełni przeświadczenia, że właśnie tworzą przełomowe arcydzieło gatunku. Samo przeświadczenie to jeszcze nic złego, niestety wraz z nim pojawiają się oczekiwania finansowe i to praktycznie zamyka całą sprawę. Gotowe albumy (często naprawdę dobre), lądują w szufladach, a ich autorzy, po konfrontacji z wydawcami, którzy umierają słysząc kolejny raz o mitycznych 100 tyś. pln za album, popadają w twórczy stupor.

-podobne oczekiwania finansowe wykazują również tzw. „kalkulatorzy”, jak sama nazwa wskazuje, taki „kalkulator” liczy, liczy ilość księgarni, liczy komiksy na księgarskich półkach, zlicza mieszkańców bloku, osiedla, miasta, mnoży i dzieli potencjalnych czytelników etc. A kiedy wszystko już skalkuluje, to siada do robienia komiksu, po skończeniu którego wyrusza na poszukiwania wydawcy. W 99 przypadkach na 100 inicjatywa „kalkulatora” ostatecznie ląduje w szufladzie, ale zdarza się również, że „autor-kalkulator” trafi na „wydawcę-kalkulatora” (który oczywiście nie ma zielonego pojęcia o specyfice rynku komiksowego), i wtedy obaj płyną w siną dal.

-kolejnym specyficznym gatunkiem KAK są tzw. „artyści”. Właściwie to dwie grupy, bo z jednej strony mamy rasowych KAK, dla których własna, „nowatorska” wizja jest ważniejsza niż sam komiks, a z drugiej strony mamy, często znanych i uznanych, twórców spoza branży, dla których komiks jest kolejnym artystycznym eksperymentem. Niestety, większość z tego typu produkcji to strzelanie ślepakami. „Artyści” raz po razie, wciąż na nowo „odkrywają Amerykę”, tworząc „nowatorskie” formy komiksowe, które w bardziej cywilizowanych obszarach naszego globu, przetrenowano już na wszelkie sposoby, jakieś dwadzieścia lat temu. Ciekawostką jest, że rasowi „artystyczni KAK”, chociaż są w stanie wyjść odrobinę poza wyeksploatowane obszary sztuki komiksowej, trafiają jedynie na skraj granicy akceptacji czytelników komiksów, zaś „artyści” spoza środowiska są bardzo często hołubieni przez odbiorców nie mających z czytaniem komiksów wiele wspólnego.
Czyli tradycyjnie, w „komiksie artystycznym” pozostajemy niezmiennie „pawiem narodów i papugą”.

- symptomatyczne, że bardzo wielu KAK deklaruje się, że nie czyta komiksów. A ja, słysząc takie deklaracje mam mdłości. Cholera, przecież to tak, jakby chirurg przeprowadzał operacje jedynie w oparciu o własne obserwacje anatomiczne, a filmowiec kręcił filmy metodą „bierzemy kamerę i co się nagra to będzie”.

-inna sprawa, że kompletna nieznajomość komiksów mogłaby być lepsza, niż tajemniczy sport uprawiany przez wielu spośród KAK. Ten gatunek KAK podczytuje komiksy sporadycznie, w czym nie byłoby jeszcze nic złego, gdyby nie zwodnicze przeświadczenie takiego KAK, że czytelnicy komiksów również jedynie podczytują komiksy sporadycznie. Taki KAK jedzie sobie zagranicę, i tam, mniej lub bardziej świadomie, „odkrywa” jakiegoś twórcę, studiuje, analizuje, trenuje i po jakimś czasie prezentuje krajowym czytelnikom swój „nowatorski styl”.
Z jednej strony, inspiracje są niezbędne, jednak z drugiej, wychodzenie z założenia, że czytelnicy komiksów to ślepi idioci jest co najmniej dziwne, jeżeli chce się zdobyć uznanie w oczach tychże czytelników. A granica między inspiracją i plagiatem jest wąska i bardzo płynna.

-w dobie powszechnego dostępu do internetu, mamy oczywiście masowy zalew KAK sieciowych, na szczęście, zgodnie z odwiecznym prawem natury, podlegają oni takiemu samemu systemowi weryfikacji co „tradycjonaliści”, proces przechodzenia do rzeczywistości niewirtualnej jest oczywiście dłuższy, kontakt z czytelnikami, którzy głosują portfelem a nie darmowym, anonimowym wpisem, bywa bardziej bolesny, ale system działa, chociaż na naprawdę „soczyste owoce” z tego typu hodowli, przyjdzie nam jeszcze trochę poczekać.

CDN (tak, tak, będzie jeszcze)

* * *
Wracając do „innej beczki”.
Świeżutkie nabytki, o dziwo jakieś bardziej mainstreamowe tym razem:
-Kolejny tom dzieł zebranych McKeevera, czyli „Eddy Current” , cudeńko, szkoda tylko, że w tak małym formacie.
-Sympatyczny „Immortal Iron Fist” (lubię Daredevila, więc i to mi podeszło, fabularnie prosto i lekko, graficznie całkiem przyzwoicie, chociaż inkerzy zmieniają się zbyt często i niezbornie).
- „Casanova”
tom 1 „Luxuria”, określenie „fajne” wydaje się tutaj jak najbardziej na miejscu.

piątek, 10 kwietnia 2009

Czym się różni krajowy autor komiksów od „zwłaszcza”? cz.1 czyli podobno oczywista oczywistość

-Krajowy autor komiksów (w skrócie KAK), jak sama nazwa wskazuje, najczęściej nie żyje z robienia komiksów.

-KAK we własnym kraju postrzegany bywa jako najgorszy pasożyt. Redakcje gazet i czasopism są najczęściej zaszokowane, że KAK chciałby jakieś pieniądze za publikowany komiks (podobnie zresztą ma się rzecz z publikacją w sieci), bo przecież już sam fakt publikacji to niewątpliwy zaszczyt, nobilitacja i olbrzymia promocja dla nędznych wypocin KAK, a za taką promocję to wypadałoby nawet żeby KAK zapłacił, a nie domagał się kasy.

-W oczach „masowych czytelników komiksów” (nie mylić z „niszowymi czytelnikami komiksów”), KAK to samo zło, to KAK odpowiada za śmierć polskiego komiksu, za spadek czytelnictwa komiksów, za marże księgarskie etc.

-KAK to najgorszy przypadek żydomasonopedałocyklisty, w dodatku bezczelny, bo podpisuje się pod tym co zrobił.

-jakby tego było mało, „masowy czytelnik komiksów” nie może wybaczyć KAK, że tenże KAK nie potrafi robić komiksów. Żaden KAK, który nie ma co najmniej 60-ciu lat, nie zbliżył się nawet do mitycznego poziomu „mistrzów krajowego komiksu”. KAK to tylko nieudolny naśladowca, a nawet gorzej, bo wielu spośród KAK, zamiast nieudolnie naśladować „mistrzów”, próbuje robić komiksy inaczej (czyli niezgodnie z jedynym właściwym i słusznym stylem), chociaż nawet „masowy czytelnik” kompletnie nie ma pomysłu, na to na czym niby polega domniemana unikatowość i wielkość znanych i uznanych „mistrzów krajowego komiksu” (no chyba, że chodzi o ówczesne nakłady komiksów, które, zgodnie z „ustnymi” przekazami, rozpowszechnianymi za pomocą tajnego uścisku dłoni, przekraczały dotychczasowy nakład wszystkich wydań Biblii Tysiąclecia).

-niekiedy KAK próbuje swoich sił za granicą i wtedy „masowy czytelnik” ma o czym gadać, bo nie daj boże, że KAK opublikuje coś w zagranicznej antologii („że też takie nieudolne gówno tam opublikowali”), wygra jakiś konkurs („gratulacje, widać, że polak potrafi, szkoda tylko, że i tak ten komiks jest poniżej przeciętnej”), albo nawet wyda album („hura, sukces!, szkoda tylko, że takie słabe, że nawet nie da się porównać z dokonaniami „mistrzów krajowego komiksu”).

-KAK publikujący zagranicą miewa dzięki temu wsparcie medialno-psychologiczne (nazwijmy to pozytywniejszym PR), jednak KAK publikujący jedynie w kraju, z góry skazany jest na przegraną („gdyby to było dobre, to by ktoś już opublikował na zachodzie”) i nawet jeżeli uda mu się sprzedać więcej komiksów niż któremuś z „mistrzów krajowego komiksu” to i tak nie dorasta mu do pięt.

-KAK powinien cicho siedzieć, nie wypowiadać się na sieci, nie tłumaczyć się z tego co i dlaczego zrobił, w miejscach publicznych przemykać po kątach, a na konwentach klęczeć pokornie usiłując całować dłonie „masowych czytelników” za to, że zaszczycili te pseudonamiastki prawdziwych komiksowych konwentów, swoją obecnością. Do dłoni „mistrzów komiksu” KAK nie powinien się zbliżać (w myśl zasady „Jędruś jam ran Twych niegodny całować”).

-kanon „mistrzów krajowego komiksu” bywa zmienny, „masowy czytelnik” dobiera sobie nazwiska „kanoników” w zależności od tego, nieudolność którego KAK chce udowodnić.
Oczywiście, żeby załapać się do grona „mistrzów krajowego komiksu” trzeba często czegoś więcej niż tylko odpowiedni wiek. „Mistrz” koniecznie musi być osobą posiadającą pełną akceptację władz PRL, ówczesne publikacje poza pierwszym obiegiem automatycznie wykluczają z grona „mistrzów”, podobnie jak sanacyjna przeszłość twórcza, nieodpowiednia tematyka, styl i konwencja rysunku itd. itp.
Ogólnie dobór „kanonu mistrzów krajowego komiksu” odbywa się podczas dosyć tajemniczych procesów elektrochemicznych w mózgach „masowych czytelników” i dosyć ciężko stwierdzić czym jest rzeczywiście umotywowany.
-KAK ma to szczęście w nieszczęściu, że nie podpada pod „procesy mózgowe”, wystarczy „nieodpowiedni” wiek i brak kombatanckiej przeszłości i wszystko jasne.
CDN

* * *
Smacznego jaja życzę i mokrego poniedziałku.

* * *
I jeszcze tak gwoli zadowolenia gawiedzi:
Wzór na topienie Turka

poniedziałek, 2 marca 2009

Kto sie boi biało-czerwonego luda?

No cóż, w takim razie i ja sobie pozwolę (szczególnie, że brakuje mi podsumowań dotyczących jedynie krajowego komiksu).
Dwa rankingi komiksowe (plebiscyt na Alei Komiksu i Komiksowa Top Lista na forum Gildii). W pierwszym, kilkudziesięciu specjalistów-respodentów dostrzegło dwa krajowe komiksy (jeden jako serię, drugi za okładkę), w drugim rankingu forumowicze, głosując łącznie na 83 najlepsze ich zdaniem komiksy, wydane w ubiegłym roku, zaliczyli do nich trzy rodzime produkcje.
Rok wcześniej, w rocznym rankingu na forum Gildii pojawiło się czternaście krajowych komiksów, (na 74 wyróżnione pozycje), a w plebiscycie Alei, dziewięć.
Teoretycznie, na podstawie tych rankingów, można wysnuć kilka różnych wniosków (np.. że krajowy komiks nie ma nic ciekawego do pokazania i właśnie zdycha, a może, że ci najlepsi nie opublikowali nic w ubiegłym roku, albo, że zalała nas fala tak dobrych komiksów z importu, że krajowe komiksy po prostu zeszły na drugi plan? itd. itp.) .
Ja tam nie wiem, nie znam się na komiksach, pozwolę sobie zatem jedynie na rzucenie kilkoma cyframi (na podst. comiesięcznych danych z forum Gildii):
-rok 2007 to łącznie ok. 280 komiksowych pozycji na księgarskich półkach, rok 2008- 350 tytułów.
-krajowy udział w tym rynku, to 80 tytułów (magazyny komiksowe, antologie, ziny i albumy (również reedycje)) w roku 2007 i blisko 100 tytułów w roku 2008.
-albumy krajowych autorów to 62 tytuły w 2007 roku i 68 (w tym 20 w serii o olimpijczykach) w 2008.
Statystycznie wszystko gra, bo mamy 20% wzrost ogólnej ilości publikacji komiksowych przy 20% wzroście publikacji rodzimych, tyle tylko, że te krajowe 20% to jednorazowa fanaberia Agory, której chyba nikt, łącznie z samymi autorami, zbyt poważnie nie potraktował, a te 20% komiksów z importu (czyli 70 tytułów) to w sporej mierze światowa klasyka oraz czołówka obecnie wydawanych komiksów.
Reasumując, moim zdaniem krajowy komiks ma się dobrze i utrzymuje dość stabilny poziom (zarówno jeśli chodzi o ilość jak i o jakość), niestety (a może na szczęście, bo to działa jednak mobilizująco) krajowe produkcje zmuszone są konkurować z coraz większą ilością komiksów z importu, co wychodzi przy wszelkiego rodzaju rankingach i podsumowaniach.
Czy coś z tego rzeczywiście wynika?
Nie mam zielonego pojęcia.

wtorek, 24 lutego 2009

Takie tam historie, co leżą na ulicy (i się kurzą), część pierwsza.


Tak to już jest, że pomysły nie tylko leżą na ulicy, ale wręcz włażą pod nogi i błagają „mnie wybierz Panie, mnie wybierz…”, a tu czasu nie ma, innych pomysłów kłębią się tony w głowie, i tylko trochę szkoda tych wszystkich potencjalnych opowieści, które czają się tuż za oknem, dosłownie kilka kroków od domu.
Patent nr.1, czyli „hanyski steampunk”
Mieszkam przy ulicy, która przed wojną nosiła miano Alei Zeppelina (Zeppelinallee), stając na dachu bloku, po jednej stronie mam widok na skromne lotnisko aeroklubu (jeden hangar i stanowisko helikoptera medycznego), po drugiej panoramę miasta z górującą nad wszystkim konstrukcją radiostacji.
Pozornie nic ciekawego, tyle tylko, że radiostacja jest podobno najwyższą konstrukcją drewnianą na świecie, a dziesięć lat przed jej wybudowaniem nad miastem górowały dwie, nieco niższe wieże, należące do Schlesische Funkstunde AG, zaś skromne lotnisko aeroklubu przed wojną było sporym portem lotniczym z kilkoma hangarami i dworcem lotniczym. Miasto dwukrotnie odwiedził sterowiec „Graf Zeppelin”, za pierwszym razem zrobił jedynie dwukrotną rundę nad miastem, za drugim wylądował na lotnisku.
A teraz, po tym krótkim wstępie, czas na szybki „miszmasz”:
Po niebie dostojnie suną sterowce na trasach Londyn-Teheran i Rzym-Warszawa (bo takie trasy krzyżowały się tutaj tranzytem), łagodnie schodząc do lądowania między potężnymi wieżami radiostacji, obok nich przelatują trójsilnikowe Junkersy, obsługujące krótsze połączenia. Poniżej miasto, secesyjne kamienice, potężne huty i fabryki (ulokowane w centrum miasta), oprócz wież radiowych, w górę wyrastają kominy, chłodnie kominowe i neogotyckie wieże ciśnień, dwa porty rzeczne (z czego jeden w ścisłym centrum) obsługują ruch turystyczny i handlowy (istniejące do dzisiaj połączenie do Szczecina), w centralnym parku miejskim rozrasta się olbrzymia konstrukcja palmiarni, oferująca mieszkańcom egzotyczną dżunglę w sercu „zimnej” Europy (palmiarnia istnieje i wciąż się rozrasta), a na obrzeżach miasta przeplatają się wielokondygnacyjne, stalowe estakady kolejowych torowisk.
Całość podlewamy sosem kryminalnym lub sensacyjno-szpiegowskim (autonomia Śląska, miasto przygraniczne, szpiegostwo przemysłowe itp.) i otrzymujemy fascynujący wizualnie steampunk czystej wody.

Patent nr.2, czyli „geneza rogalika”
Pamiętacie krótki komiks pt. „Ziemniaki i król” z dziewiątego numeru „Relaxu” (rys. W. Parzydło) ?
A co powiedzielibyście na taką „kulinarną opowieść” w formie albumu, z fabułą na pograniczu fikcji i rzeczywistych zdarzeń i z Historią (oczywiście przez duże H) w tle?
Legenda miejska:
22 sierpnia 1683 roku, Jan III Sobieski przybywa do Gliwic, chwilę wcześniej jeden z miejscowych piekarzy zdaje egzamin na majstra, a że w mieście wszyscy przygotowują podarki w związku z wizytą monarchy, to i piekarz wymyśla „coś na temat”, nowa receptura ciasta i nietypowy kształt pieczywa w formie półksiężyca (co ma symbolizować spodziewaną klęskę Turków pod Wiedniem) znajdują akceptację w komisji egzaminacyjnej i wśród miejskich rajców. Władze miasta nakazują masowe pieczenie rogali, które rankiem 23 sierpnia zostają zaserwowane królowi i towarzyszącej mu husarii na śniadanie. Zachwycony król rozkazał wcielić piekarza do swojej służby kwatermistrzowskiej.
Fakty:
Wrzesień 1683, wiedeńscy piekarze „w przypływie spontanicznej radości”, chcąc uczcić zwycięstwo, pieką ciastka w kształcie półksiężyca. Prawie 100 lat później, podobno za sprawą Marii Antoniny, austriackie półksiężyce zmieniają się w rdzennie francuskie „croissants”.
Nie mam bladego pojęcia, dlaczego nikt nie połączył dotąd miejskiej legendy z historią o symbolu francuskiej awangardy kulinarnej, niemniej rzecz leży na ulicy i aż się prosi o jakąkolwiek formę adaptacji.
Cdn.

środa, 18 lutego 2009

E-komiksy?

Tak się zastanawiam (przy okazji, że KG rusza z KRLowym komiksem online), patenty z komiksami sieciowymi trenowane są już od dłuższego czasu na wszystkie możliwe sposoby, wiele wydawnictw udostępnia fragmenty swoich publikacji w PDFach, książkowe e-booki są już do nabycia w sieci właściwie wszędzie (nawet w naszym zaścianku), muzyka na karta microSD pojawiła się w sprzedaży z początkiem tego roku, karta 1 GB kosztuje obecnie ok. 15 pln, więc może rzeczywiście już pora żeby zacząć myśleć o publikacjach e-komiksów w formacie PDF?

Z drugiej strony, czytanie z ekranu kompa to tragedia (z komórek i odtwarzaczy mp4 tym bardziej), jedynym rozwiązaniem wydaje się być e-papier (czyli „zabawki” typu „Kindle”), jednak za czarnobiały czytnik trzeba zapłacić od 1000 pln w górę (za ekran 6 cali), czytniki o formacie A4 to cena rzędu 2000 pln i brak koloru, co ogranicza ofertę potencjalnych komiksów, możliwych „na już” do wydania w takiej, cyfrowej formie (Philips prezentował wprawdzie w 2007 roku kolorowy e-papier, ale na prezentacji jak na razie się skończyło).
Pozornie zatem, nie istnieje rynek zbytu na taką formę publikacji komiksów.
Pozornie, bo ceny czytników jednak spadają (istnieje nawet możliwość zakupu komponentów do samodzielnego składania), jakość obrazu jest znacznie wyższa niż obraz LCD (i bardziej przypomina „analogowy” papier), czytniki mają szansę za chwilę powalczyć z netbookami wszelkiej maści (mają wifi, funkcję tabletu, odtwarzają muzykę, są bardziej poręczne etc.), a zatem możliwe, że to tylko kwestia czasu i ceny?
E-komiks nie tyle jako konkurencja, co bardziej jako uzupełnienie komiksów papierowych.
Papier do delektowania się w domowym zaciszu, a dobrej jakości PDFy do lektury w podróży, chwilach przerwy w pracy itp., a przy okazji możliwość zejścia z cenami (tańszy nośnik, znikają koszta druku i magazynowania, dystrybucja online lub wysyłka kart SD w zwykłych listach zamiast kosztownych paczek).
Jak dla mnie, taka forma wydaje się być znacznie bardziej rozsądne i optymalna niż męczące podczytywanie komiksów sieciowych czy ściąganie pirackich, słabych jakościowo skanów, szczególnie, że na chwilę obecną sam przerzucam muzykę z CD na mp3 (nie, nie piracę, konwertuję tylko to co legalnie kupiłem, taki już głupi jestem) i w takiej formie słucham na co dzień, gdym miał czytnik i możliwość kupowania książek to nie odczuwam żadnego dyskomfortu przy takiej formie lektury (niestety, nie istnieje u nas jeszcze wystarczająca oferta wydawnicza), więc, chociaż osobiście wolę komiksy na papierze, to jednak idea takich e-komiksów wydaje mi się w przyszłości bardziej akceptowalna (np. zbieram tylko to co naprawdę lubię, a resztę kupuję jedynie w postaci cyfrowej).

niedziela, 15 lutego 2009

"Forum czasami boli"


Ha, wiedziałem, że kolejna przepychanka na forum Gildii tak szybko się nie skończy.
Nie mam czasu, siły i ochoty, żeby znowu szarpać się werbalnie o domniemane różnice między mangą a komiksem, wypatrywać niuansów wyznaczających wirtualną granicę między anime a pozostałymi filmami animowanymi, czy też badać patykiem głębokość argumentów dających podstawę do budowania szuflady dla wszystkich „pseudokomiksowych eksperymentów” .
Nie, nie dam się wkręcić.

* * *
Dobra, nazbierało się trochę zaległości, które wypadałoby nadrobić:
Książki:
„Lód” Dukaja skończony jakiś czas temu, obok „Miast pod skałą” Huberatha to jeden z ze wspanialszych „mózgojebów”, które wymęczyłem w ostatnich latach (a że lubię mieć pod ręką jakąś cegłę, którą spokojnie podczytuję we fragmentach przed snem, to z niecierpliwością czekam na kolejną powieść, niekoniecznie Dukaja, bo zdaje się, że teraz znowu kolej na Huberatha i rozwinięcie cyklu, który lata temu rozpoczął opowiadaniami w „NF” (z genialnymi ilustracjami Gawronkiewicza i przyzwoitymi Janickiego)).
„Ślepowidzenie” Petera Wattsa, fakt, że min. R.Zelazny czy Dukaj przerobili już swoje w bardzo podobnej konwencji, bynajmniej w niczym nie przeszkadza, mocna rzecz i to nie tylko dla wielbicieli hard SF.
„www.1939.com.pl” Marcina Cieszewskiego, a to niespodzianka, bo chociaż historii alternatywnych trochę się już w literaturze uzbierało, to i tym razem warto sięgnąć, kampania wrześniowa, współczesny, nasz, krajowy Samodzielny Batalion Rozpoznawczy (z całą zbieraniną sprzętu, od ruskich Mi 24 po „Rosomaka” i wypasione oporządzenie chłopaków z GROMu), bitwa pod Mokrą, kosmiczne technologie „made in USA”, wątek kryminalny, etc. czyli „superczytadłlo” na jedno popołudnie (a już za chwilę tom drugi, czyli „www.1944.waw.pl” ).
„Nikt” M. Kozak, no i niestety porażka, bo tak jak dwa poprzednie tomy, mimo wtórności fabularnej, broniły się wartką akcją, zwrotami fabularnymi i „swojskim klimatem”, to niestety trzecia odsłona najbardziej przypomina kolejny odcinek „Mody na sukces” (Kto? Z kim? Kiedy? Dlaczego? Po co? ) zmiksowany z uporczywą reklamą butów szturmowych Adidasa (fajne buty, ale bez przesady).
„Gottland” M.Szczygła, czyli rewelacyjna terapia wstrząsowa dla wszystkich, którym wydaje się, że nasi sąsiedzi z południa to piwo, knedliki, Szwejk i zabawny język.

Muzyka:
Jak ktoś jeszcze nie był, to odsyłam do bloga „don’t panic we are from poland”, bo Marceli i spółka robią dobrą robotę (a poza tym Marceli pisze świetne opowiadania i powieści, których niestety nie może jakoś wydać, co smuci mnie o tyle, że zalegam z kilogramem pojechanych ilustracji w szufladzie i głowie).
Playlista z mojego Irivera:
Mars Volta (w końcu skompletowałem wszystkie cztery studyjne LP)
Massive Attack („Mezzanine” i „100th Window”)
Portishead („Dummy”, „Portishead” i „Third”)
Nosowska „N/O”
Silver Rocket „Tesla”
SBB „SBB”

Film:
„Ciekawy przypadek Benjamina Buttona” (i jest dobrze, i nadal lubię Finchera, chociaż podpadł mi trochę za „Obcego”, szczególnie w kontekście takiego konceptu ).
„Ostatnia Bitwa” („Ji jie hao”), czyli chińczyki robią „Szeregowca Ryana”, batalistyczna miazga, niestety, pary starczyło na pół filmu, ale dla tego pół i tak warto zobaczyć.
„Kukułka” („Kukushka”), nadrobiona zaległość z 2002 roku, współczesna, rosyjska kinematografia w najlepszej formie.

Komiks, czyli co ostatnio wyładowało na półkach (a na co w kraju trzeba będzie sobie jeszcze poczekać):
„Joker” Azzarello/Bermejo, scenariusz niestety zawodzi (to już kolejny raz panie Azzarello!), za to graficznie jest „cud-miód”, bardzo lubiłem to co swego czasu rysował Ostrowski (mimo tych ewidentnych zrzynek i „nawiązań”) a Bermejo jest naprawdę blisko ideału w takiej konwencji graficznej.
„Mome” vol.11 , antologia z Fantagraphics, niezły polski akcent, czyli Tom Kaczyński , sporo amerykańskiego undergroundu, ale na pierwszy plan wybija się Killoffer ze swoją okładką i szorciakiem na 12 stron.
„Transit” T.McKeever, pierwszy tom „dzieł zebranych”, cz-b, pomniejszony format, hc, ale i tak dobrze, bo nareszcie mogę uzupełnić kolekcję dzieł tego pana.
„Nocturnal Conspiracies” David B., wiem, że trochę strzelam sobie w stopę, bo parę miesięcy temu sprowadziłem „Epileptic”, które właśnie zapowiedziało KG, ale na „senne mary-koszmary” trzeba będzie zapewne sporo poczekać po naszemu, więc trenuję sobie język Szekspira (takiej jazdy jak w „NC” to u Davida B. jeszcze nie widziałem, naprawdę zdrowo pokręcone, i to zarówno fabularnie jak i graficznie).

sobota, 14 lutego 2009

Parafrazując mędrców sieciowych

Zapadam w stupor czytając to co ludzie wypisują o komiksach, zastępując "komiks" "filmem", "literaturą" czy "muzyką" utwierdzam się w przeświadczeniu, że (na szczęście?) problem ten dotyczy nie tylko naszego bagienka.
Bo poniższe parafrazy spokojnie pojawić by się mogły na forach o odpowiedniej tematyce, chociaż, w oryginale, pojawiły się oczywiście na stronach komiksowych.

Film
Film to fotografie w ruchu, z dźwiękiem w tle. Jest bardziej złożony i pracochłonny, wymaga też zaangażowania większej liczby osób (niż fotografowanie), jednak w końcowym efekcie daje wielką satysfakcję.

Jak polscy filmowcy robią tak zajebiste (wulgaryzm) filmy, to niech je kręcą w Hollywood dla pieniędzy, a hobbystycznie w Polsce.

Literatura
W Polsce pojawiło się dużo literatury kontrowersyjnej, wulgarnej; może to taki trend by szokować. Jednak ta droga doprowadziła do upadku literatury w Polsce, szczególnie literatury dla młodszego czytelnika. Sam się często zastanawiam kto to czyta. Często jestem we Francji i USA i widzę tam książki zupełnie inne, profesjonalne pod względem literackim i merytorycznym –taka książka się obroni. W Polsce trzeba wrócić do korzeni, nie można napisać dobrej książki w miesiąc. Jeszcze jeden problem to media –te z upodobaniem lansują literaturę kiepską i wulgarną, tego nie mogę zrozumieć. Z drugiej strony widzę jakie programy się realizuje w TV to nie powinienem się temu już dziwić. Mamy wspaniałą Marie Konopnicką i jej rewelacyjne historie o krasnoludkach, szkapie i Janku Wędrowniczku. Tak wybitna artystka, ceniona w Europie, jest przez polskie media zupełnie pomijana. Nigdy nie poświęcono jej dłuższej uwagi i nie zrobiono o niej całego programu. Dlaczego?!

Ostatnio kupuję mało polskich książek (krasnoludki tu pomijam, bo to jest już światowy rynek) bo są słabe literacko, ostatnio mile mnie zaskoczyło paru pisarzy w serii „Kolekcja Dziecka”, wiem, że książki w tej serii były tworzone w szybkim tempie na zamówienie wydawcy, to jakby dać im normalny czas potrzebny na dopracowanie tekstu, to myślę, że spod ich ręki wyszły by książki na wysokim poziomie. Tu brak jest tylko zainteresowania ze strony wydawców, którzy wolą zagraniczne licencje niż dać szansę polskim młodym autorom.

Muzyka
Faktem jest, że ja również nie słucham rocka (no dosłownie z paroma „kultowymi” wyjątkami) „muzyki” elektronicznej i innych eksperymentów, ale to kwestia tylko i wyłącznie tego, że akurat w kwestii muzyki jestem konserwatystą. Bez partytury, która dosłownie porządkuje muzykę, bez rozpisanych partii wokalnych, które nadają jej życia i dynamizmu, oraz (najlepiej) klasycznego instrumentarium, muzyka potrafi mnie zmęczyć […] w tym fragmencie nie piję do rocka akurat, tylko do wszelakich eksperymentów, które nazywa się muzyką, a które z klasyczną muzyką wspólne mają tylko to, że posługują się jakimś dźwiękiem.

Może, gdyby w rocku wszyscy stosowali zapis nutowy i załączali partytury do płyt, to bym zmienił zdanie, a tak rocka do muzyki nie zaliczam […] Nie mówię, że rock jest zły, beznadziejny i w ogóle obrzydliwy. Ale stawiać go na równi z czymś takim jak „Tu Es Petrus”, to duża pomyłka i nie chodzi tu tylko o poziom artystyczny. Nie słuchałem za wiele rocka, żadnej płyty nie zaliczyłem, dzięki bogu, w całości, ale różnice między klasyczną muzyką, czy to z przeszłości czy współczesną są ogromne. Nie po to powstała nazwa „rock” (jak najbardziej przyjęta w Polsce), żeby ktoś to nazywał „ muzyką rockową”, bo rocka grają też ludzie, którzy mają klasyczne wykształcenie muzyczne i czasami tworzą normalną muzykę […] Nie pisałem o tak zwanej „awangardowej” muzyce, czy udziwnieniach jak muzyka elektroniczna (tej drugiej po prostu nie lubię, ale jak twórca w ten sposób zbija kasę, to niech sobie żyje).