niedziela, 28 lutego 2010

I gwóźdź do trumny


-No i kolejna Gliwicka Giełda Komiksowa za nami. Podobno było mało ludzików, bo ferie załatwiły frekwencję, niemniej plany są nadal ambitne i może uda się jednak z czasem coś więcej z tej imprezy wydobyć.

-Widzieliście kiedykolwiek „Kodeks Drezdeński”?!
Proszę klikać w obrazki, bo dołączone są zrekonstruowane plansze. Masakra.

-Na drugie danie Sam Vanallemeersch, fajne, szybkie impresje.

-A na dokładkę udało mi się dzisiaj skasować (nieodwracalnie) jedną z plansz z albumu „N.E.S.T.”, tydzień dłubania odszedł w niebyt przez trzy sekundy nieuwagi… ech, szkoda gadać. „Akcja rekonstrukcja” zajmie conajmniej kilka godzin, co tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że pora umierać. Dobra, idę zapuszczać wąsy :P

wtorek, 23 lutego 2010

I znów wygrzebane


-po pierwsze, "Cementimental" czyli co dalej po "Abstract Comics"
-po drugie, Shawn Cheng, czyli fajne chińskie bazgrołki
-po trzecie, wrzuta do ogródka "Kolorowych Zeszytów" czyli super baza tematów do kolejnej antologii lesbijskiej, "Lesbian twins", "Female convict" i "Prison girl" dają radę ;)
-po czwarte, Pszren już tam wprawdzie zdążył skomentować, ale ja pozwolę sobie również zauważyć, bo fajny pomysł i przyzwoita realizacja, Florian Huet i jego komiks bez tytułu, ale za to z kadrami
-po piąte, jak wiadomo, Gliwice wyrastają na komiksową stolicę regionu (ech, jaki region taka "stolica"), mamy comiesięczną giełdę komiksową (najbliższa 27.02), na której można uzupełnić np. kolekcję "Kaczora Donalda", a teraz jeszcze sklepy odzieżowe podłapały temat i namawiają komiksiarzy do zakupów, o tak:



A ponieważ mamy już min.:
Autobusy jak w Londynie

Dbające o czystoć zwierzęta

Stadion na miarę naszych czasów

Inwazję ptaków

Nowoczesną architekturę

I największe jaja

to i z komiksem sobie poradzimy, i to tak, że ho ho...

sobota, 13 lutego 2010

Każdy kij ma conajmniej dwa końce


No i co?
No i jajco.
Jak już się trochę lepiej poczułem (podczytując min. Śledzia czy Mistrza Z. z komentarzami włącznie), to oczywiście na forum Gildii, JAPONfan musiał wkleić wkurzającego linka.
I teraz ciekawostki:
-dr hab. Gabriel Kołat doskonale zna temat, bo stoi min. za „Cartoon Sita”
-Wojciech Prokop i Daniel Gembus współdziałają na co dzień z innymi twórcami w ramach „Fabryki Komiksu Estremadura”
-wszyscy panowie są odpowiednio wykształceni, więc doskonale powinni znać różnicę między „realizmem” a „akademizmem”
-wszyscy panowie mają dosyć dobry wgląd we współczesny komiks, powinni zatem zdawać sobie sprawę, że „ładny rysunek” niekoniecznie oznacza „dobry komiks”, zaś „pełna paleta środków wyrazu” (w komiksie) to nie jedynie wklejenie kilku obrazków na jedną planszę.
Ale nie, lepiej walnąć jak łysy grzywą „manifest artystyczny” na poziomie piętnastolatka w ramach wystawy „patrzcie jacy jesteśmy zajebiści i nowatorsko oryginalni”.
Zatem, jeżeli to nie jest „artystyczna prowokacja”, to ja przepraszam, ale komuś tu się zdrowo pomerdało.

Z drugiej strony mamy projekt „Orbis Pictus”, który, jak dla mnie, prezentuje bardzo hermetyczne (czy wręcz separatystyczne) podejście pewnych środowisk twórczych do tematu „komiks”, a ja kompletnie nie rozumiem, dlaczego i po co?
Bo, starając się patrzeć na cały projekt z pewną dozą nadziei i zrozumienia, z przykrością stwierdzam, że zbyt wiele pary idzie w „wymyślanie” rzeczy już dawno wymyślonych.

Po chociażby takich projektach jak „Abstract Comics” czy „OuBaPo” naprawdę trzeba czegoś więcej, żeby móc z czystym sumieniem twierdzić, że „penetruje się nowe przestrzenie komiksu”, no chyba, że dotyczy to jedynie „polskiego poletka”. Ale w takim razie, kolejny raz jest to jedynie zabawa „w pawia narodów i papugę” a nie kreowanie nowej wartości.

Przykre.

Dla poprawy humoru (i własnej satysfakcji) tradycyjne sznureczki:
-Z dedykacją dla „Orbis Pictus”:
Książki w stylu „Dada” (i nie tylko)

-I, ponieważ właśnie dotarła do mnie nowa książka „o pandzie” (dzięki Daniel), to z dedykacją dla „Comix’sage”:
Jon J. Muth

wtorek, 9 lutego 2010

Co zabiła manga?


Ciekawe jak wyglądałby japoński komiks gdyby się nie zunifikował?
Ciekawe do jak głębokiej dziury wjechałby polski komiks, gdyby rysownicy poddali się presji „fanów komiksu” i masowo zaczęli robić „franko-amerykański mainstream”.
Ciekawe, czym żywiłyby się największe wydawnictwa we Francji i USA gdyby nie było Brecci, Crumba, Trondheima, Sfara itd.
Wyobraźmy sobie współczesny, mainstreamowy komiks amerykański bez Millera, Mignoli, McKeevera czy Paula Pope’a.
Rynek wydawniczy w USA bez Fantagraphics i Top Shelf?
Festiwal w Angouleme bez „namiotu alternatywy” i z wystawami ograniczonymi do komiksów „Leonard” i „Niebieskie mundury”, (bo przecież ani Fremok ani Blutch nijak się nie dają wcisnąć nawet w bardzo szeroko pojmowany „mainstream”)?

Podobno komiks polski jest gorszy, bo jest zbyt nieobliczalny, (czyli, że niby nigdy nie wiadomo, co się kupi), podobno komiks zachodni jest lepszy, bo czytelnik dostaje do ręki tylko najlepsze, sprawdzone komiksy z najwyższej półki.
Podobno krajowy komiks ma szansę jedynie, kiedy naśladuje frankoński albo amerykański mainstream, ale to i tak nic nie zmienia, bo zawsze jest tylko nieudolną kopią i nie ma szans dorównać zachodnim „mistrzom”.
Podobno Polacy nie potrafią pisać dobrych fabuł i w dodatku nikt tu nie potrafi rysować, ale za to na zachodzie to ho ho, tam każdy ma taki warsztat graficzny, że Picasso to mógłby jedynie ołówki za nimi nosić, a fabuły to robią tylko takie, że Sienkiewicz już sobie dawno żyły w grobie wypruł ze wstydu.

Bez różnorodności komiks umiera, unifikacja prowadzi do wyjałowienia, podobnie jak ślepe zapatrzenie się „na zachód”. Doskonale rozumieją to twórcy, wydawcy i czytelnicy w wielu krajach, w których istnieje „kultura komiksowa”, (chociaż, patrząc na Japonię mam pewne obawy, że nie do końca).

Komiks polski jest gorszy, bo nikt go nie wydaje za granicą?
Ale czy polski komiks ma szanse za granicą?
Tak, lecz niestety, przynajmniej w chwili obecnej, jedynie w szczątkowej formie.
Rysownicy i scenarzyści (ci drudzy w znacznie mniejszym stopniu), jako „wyrobnicy” w dużych wydawnictwach, pojedyncze albumy, jako „sezonowe, egzotyczne ciekawostki” itp.
Przy rynkach komiksowych, na których rocznie pojawia się kilka tysięcy tytułów, nasza, krajowa produkcja to kropla w oceanie.
Na zorganizowanie z odpowiednim rozmachem przekrojowych, reprezentatywnych wystaw i wsparcie ich stoiskami z krajowymi komiksami (przetłumaczonymi), które można by prezentować skutecznie na festiwalach, brakuje kasy i sztabu ludzi, którzy poświeciliby swój czas na przygotowywanie ekspozycji i obsługę stoisk.
A bez odpowiedniego rozmachu i suportu w postaci komiksowych albumów, nie ma szansy na zakodowanie się w świadomości wydawców i czytelników odwiedzających festiwale.
Jasne, że krajowi twórcy będą publikować na zachodzie, (co zresztą już się dzieje), należy jednak mieć świadomość, że najczęściej jest to robota od podstaw, wieloletnie wyrabianie sobie nazwiska i przyzwyczajanie do siebie czytelnika, a nie błyskotliwy debiut, po którym wszyscy padają na kolana.
O takim światowym statusie, jakim cieszą się wszelkiej maści komiksy amerykańskie czy francuskie (postrzegane całościowo a nie, jako pojedyncze serie czy albumy), możemy oczywiście zapomnieć, ale na coś takiego jak „polska szkoła komiksu”, zróżnicowana stylistycznie i tematycznie, oryginalna i wprowadzająca powiew świeżości w komiksie światowym, wciąż istnieje szansa.
Wbrew ograniczonym możliwościom wiarygodnego pokazania tego poza granicami naszego kraju i mimo chorobliwej wręcz nienawiści ze strony „nieprzebranych tłumów czytelników”.
Wielki szacun dla wszystkich, którym chce się sięgnąć po komiks bez patrzenia na kraj, w którym powstał.

A w nawiązaniu do tytułu wpisu:
Maki Sasaki w 1967
Maki Sasaki w 1970
Shinobu Kaze w 1980

środa, 3 lutego 2010

Angouleme 2010 (cz.2 plotki i obserwacje)


-Tony Sandoval zaczyna robić za jakąś kosmiczną gwiazdę, w bardzo krótkim czasie wydał tyle albumów, że zastawił pół stoiska swojego wydawcy i sprzedaje się to naprawdę nieźle.
A w dodatku wygląda jak wieloletni wielbiciel Sepultury i mimo wejścia w sam środek polskiej imprezy, zachował zimną krew i zdążył nauczyć się naszego ulubionego słowa na „K”.

-wystawa Rosjan zakrawała na kiepski żart, nie dość, że otrzymali sale w dwóch świetnych lokalizacjach (centrum miasta i muzeum papieru przy muzeum komiksu) to ich wystawy były mocno rozreklamowane i oznakowane. I mimo tego nie pokazali kompletnie nic. Prace rysowników wyłącznie z St. Petersburga (a nie z całej Rosji, jak to reklamowali Francuzi), dobrane według tajemniczego klucza (im gorzej rysujesz tym chętniej cię pokażemy), zero znanych nazwisk, zero publikacji do kupienia (no dobra, ze dwa ziny na ksero i jakiś śmieszny katalog), w dodatku kompletna prowizorka i amatorka w sposobie zorganizowania samej wystawy. Mówiąc krótko kompletna kompromitacja i porażka na całej linii.

-bardzo widoczna staje się dominacja wydawnictwa Soleil, które, oprócz swoich sztandarowych serii, zaprezentowało na osobnych stoiskach imprinty, zarówno z linii „Soleil manga” jak i najciekawszy i najbardziej rozwojowy „Quadrants”.

-próżno było szukać na festiwalu stoiska „Humanoides Associes” (podobno to już standard, bo wydawnictwo spięło się kilka lat temu z organizatorami i od tamtego czasu konsekwentnie nie organizuje stoiska na festiwalu).

-w festiwalowych kuluarach dosyć powszechnie krążyła informacja o zjednoczeniu wszystkich większych wydawców pod szyldem jednego koncernu, zostają nazwy i spora autonomia wydawnicza, niemniej stają się one imprintami jednego wydawnictwa.

-rynek niezależnych kwitnie, (co było widać po gęsto zastawionych stołach i tłumach kupujących w namiocie „alternatywnym”) jednak nowych twarzy i świeżych trendów można było szukać ze świecą w ręku. Mam wrażenie, że nawet najbardziej awangardowe wydawnictwa odcinają kupony wydając rzeczy sprawdzone i na większą rewolucję, jak ta z początku lat 90-tych, się nie zanosi (widać to niestety bardzo boleśnie również na wystawach młodych zdolnych i w „alternatywnych” imprintach większych wydawców). Trwa powszechne odcinanie kuponów od rzeczy sprawdzonych i ogranych do bólu.

-Lorenzo Mattotti zilustrował bajkę „O Jasiu i Małgosi”, duży format, oryginalny tekst braci Grim i mroczne ilustracje w czerni i bieli. Pogadaliśmy chwilę, dostałem oczywiście autograf, a co dalej to już wszystko w ręku wydawców w naszym pięknym kraju (wyjaśniły się trochę problemy z prawami autorskimi do jego albumów).

-rozmach i skala festiwalu porażają, komiksy na wystawach sklepowych, (które można kupić ze specjalnych standów wewnątrz sklepów, nawet w piekarni czy butiku), Corto jako twarz nowej linii perfum, straż pożarna i policja organizujące pokazy umiejętności w ramach prezentacji komiksów o ich grupach zawodowych, prezentacje multimedialne na zewnętrznych murach ratusza, teatry uliczne, spotkania z autorami transmitowane przez megafony w centrum miasta, zniżki z okazji festiwalu na środki komunikacji miejskiej itd. itp.

-kompletna porażka organizatorów, czyli praktycznie zerowy dostęp do informacji w języku innym niż francuski. To podobno międzynarodowy festiwal komiksu, na ulicach tłumy Niemców, Hiszpanów, Włochów, Amerykanów, Anglików i Słowian maści wszelakiej, a informacje, kierunkowskazy, prelekcje, spotkania z autorami (z wyjątkiem jednej sali z tłumaczami symultanicznymi), ba, nawet wszelkie materiały prasowe, wszystko tylko i wyłącznie w języku Moliera.
Bez sensu.

update:
linki do dwóch anglojęzycznych relacji:
Sarah McIntyre
Comix Influx

wtorek, 2 lutego 2010

Angouleme 2010 (cz.1 fotoimpresja)

Byłem pierwszy raz, więc muszę sobie to wszystko poukładać w głowie, zanim napiszę tutaj co mniej lub więcej sensownego. Dlatego teraz tylko kilka zdjęć.

Ulice wokół ratusza:






Salon mangi:





Wystawa młodych talentów:






Muzeum komiksu (stary budynek, z warsztatami dla dzieci i ekspozycją komiksu "Leonardo"):








Nowy budynek muzeum (wystawy "Historia komiksu" i "Oryginał i kopia"):











Corto:



Hale targowe:











Wystawa komiksu religijnego:







FRMK:





Rozsiane po ulicach, komiksowe murale:







Wystawa w muzeum (komiksy o Luwrze):





Przegląd prasy w ulicznym kiosku: