wtorek, 28 lutego 2012

"Niczego sobie"

Gliwice, 26-02-2012, "Willa Caro".

"Wystawa" przy przystanku autobusowym:






Czasami boję się nawet myśleć, o czym rozmawiają scenarzyści komiksowi, kiedy wydaje im się, że nikt nie widzi:



"Willa Caro" jest jedną z perełek gliwickiej architektury, ale tym razem pozwolę sobie pominąć zdjęcia samego budynku i przejdę dalej, czyli do wejścia:



Przedpremierowo składamy pierwsze autografy (na zdj. Mikołaj Ratka):



Dyrektor Muzeum w Gliwicach, Grzegorz Krawczyk, oficjalnie rozpoczyna spotkanie, a za chwilę Jakub Syty przystąpi do swojej prezentacji, wprowadzającej gości w świat komiksu:



A gości (jak na gliwickie realia) przyszło sporo:



Następnie garstka spośród winnych całego zamieszania, zasiada przed publicznością:



...by, mniej lub więcej zrozumiale, wytłumaczyć się, co właściwie zrobiliśmy i dlaczego:




Sesja autografów, jakieś wywiady i pierwsze opinie "na gorąco" (mało z tego załapałem, bo biegłem do mojej ulubionej pracy w fabryce), fotek też nie dałem rady więcej zrobić, przepraszam :(
Na pocieszenie, rzut oka na zawartość:










Jeśli ktoś się jeszcze zastanawiał, czy warto, to mam nadzieję, że chociaż trochę zachęciłem.
Antologia do dostania w księgarniach komiksowych na terenie kraju, a w Gliwicach, w wybranych księgarniach i w samym muzeum.
Miłej lektury.
Pozdrowienia z Gliwic:

sobota, 11 lutego 2012

Ale o co chodzi? (cz. 3)


Lawirując, w poszukiwaniu czegoś nowego, między „książką artystyczną” i komiksem (we wszystkich jego formach) dosyć łatwo można trafić na „Kodeksy”.
W swojej pierwotnej formie „Kodeks” to ręcznie wykonana (i wypełniona) książka, dwustronnie zapisane karty papirusu, pergaminu lub papieru, złączone na jednym z brzegów w całość. Z czasem takie manuskrypty zyskały dodatkowy walor w postaci „iluminacji”, (czyli zdobień) i ilustracji. Aż do wynalezienia druku, forma „kodeksów” rozwijała się, tworząc coraz bardziej rozbudowane kompozycje tekstowo-graficzne, w których tekst, liternicze inicjały, zdobienia marginesów i ilustracje, tworzyły wspólny i jednolity (przenikający/uzupełniający się) przekaz.
A potem przyszedł Gutenberg ze swoją „techniką poligraficzną” i cała zabawa w manuskrypty uległa atrofii.
Swego czasu wspominałem o „Kodeksie Drezdeńskim”, który jest typowym przykładem kodeksu prekolumbijskiego (Wikipedia podpowiada określenie „Kodeksy Mezoameryki”).
Złożone w harmonijkę, dwustronnie wypełnione tekstowo-graficzną treścią manuskrypty, opisujące historię, zwyczaje, wierzenia, życie codzienne, kalendarium etc. docenili konkwistadorzy, zabierając je ze świątyń i wręczając dostojnikom kościelnym i państwowym na „starym kontynencie”, jako „Skarby Nowego Świata” (to dosyć logiczne, przetopić się tego nie dało, a wartość rynkowa, poza „rynkiem kolekcjonersko-koneserskim”, też raczej niewielka).
„Skarby” lądują w przepastnych bibliotekach klasztorów i prywatnych zbiorach i właściwie słuch o nich ginie.



Pierwszy „coming out” następuje pod koniec XIX wieku, pasjonaci wygrzebują zapomniane i podniszczone „Kodeksy” i publikują je (najczęściej w szczątkowej, fragmentarycznej formie).
Zaczyna się zabawa w „deszyfrowanie” treści i moda na „przepowiednie Majów”.
Druga fala reedycji to lata 60-te XX wieku, „Kodeksy”, starannie zebrane i obfotografowane, poddane analizom i częściowej transkrypcji, lądują na księgarskich półkach, trafiając idealnie w epicentrum rozkwitającej „flower power ery Wodnika”.

Równolegle, gdzieś na granicy percepcji współczesnych odbiorców kultury masowej, pojawiają się co jakiś czas, „tajemnicze” manuskrypty, niekiedy fikcyjne (jak chociażby „Necronomicon”), kiedy indziej autentyczne („Kodeks Rohonc”) lub o nieustalonym źródle pochodzenia i autorstwa („Manuskrypt Voynicha”), napisane w zapomnianych, zaszyfrowanych lub fikcyjnych językach, z ilustracjami na pograniczu abstrakcji i surrealizmu.

To na styku inspiracji „tajemniczymi manuskryptami” i „Kodeksami Mezoameryki” rodzą się współczesne „Kodeksy”.
Pierwszy z nich to kolejny kamyk do ogródka z komiksami abstrakcyjnymi, czyli „Codex Optica” Paula Dwyera. 158 stron rozkadrowanej, abstrakcyjnej zabawy graficznej, którą Dwyer publikował regularnie na swoim blogu, by ostatecznie wydać w formie „kodeksu”.




Drugi „kodeks” to zdecydowanie „grubszy kaliber”, ale jednocześnie znacznie trudniejszy orzech do zgryzienia.
„Codex Seraphinianus” Luigiego Serafiniego to 370 stronicowe tomiszcze (pierwotnie wydane w dwóch tomach, w 1981 roku), które stanowi kompleksowe opisanie pewnego świata/rzeczywistości.
Pozornie wszystko gra, mamy książkę („książkę graficzną”), z tekstem, ilustracjami i komiksami, które wzajemnie się przenikają i uzupełniają. Są rozdziały opisujące zwierzęta, geografię, zwyczaje i ubiory mieszkańców etc., ale właśnie, nie tyle opisujące, co stwarzające pozory takiego opisu, bo całość „tekstu” to wymyślony przez autora, fikcyjny język, spisany równie fikcyjnym alfabetem, zaś większość ilustracji oscyluje na pograniczu abstrakcji.
Jedynym czytelnym i zrozumiałym (oczywiście pozornie) dla nas, elementem tej książki jest „SEKWENCYJNOŚĆ”.
Tylko w momentach, w których „seria statycznych obrazków ułożonych obok siebie, stanowi spójną całość narracyjną i znaczeniową” mamy szansę pojąć cokolwiek z „Codex Seraphinianus”.
I chociaż dzieło Serafiniego nawiązuje bezpośrednio do „Kodeksu Voynicha” i „Kodeksów Mezoamerykańskich”, w których możemy co najwyżej doszukiwać się elementów parakomiksowych, to samo w sobie spełnia wszystkie warunki definiujące komiks.
Tyle, że nigdy i nigdzie nie spotkałem nawet z próbą nazwania go komiksem?
Hm…

niedziela, 22 stycznia 2012

Ale o co chodzi? (cz. 2)

Jeżeli w przypadku „komiksów abstrakcyjnych” można się jeszcze zastanawiać, czy są one w ogóle komiksami (bo warunki formalne są przecież spełnione jedynie pozornie, podział na kadry wcale nie musi być rzeczywistym podziałem na kadry, a jedynie elementem jednego kadru/obrazu, „sekwencyjność” wcale nie musi być „sekwencyjnością” i zależy jedynie od dobrej woli czytelnika (i jego interpretacji) etc.), to komiksy spod znaku OuBaPo i ich pochodne, nadgryzają temat konstrukcji i „fabularności” komiksu z zupełnie innej strony.

OuBaPo (OUvroir de BAnde dessinée POtentielle), czyli Warsztaty/Pracownia Komiksu Potencjalnego, to „zabawa” w poszukiwanie i przekraczanie granic medium komiksowego zainicjowana przez wydawnictwo L'Association w 1992 roku.
Pozornie wszystko gra, twórcy rysują obrazki w kadrach, obrazki są czytelne („nieabstrakcyjne”), kadry ułożone obok siebie (czyli mamy „sekwencyjność”, ba nawet „fabularność”), tyle tylko, że pojawia się problem (świadomy i celowy) z fabułą i jej sensem.

Czytelnik dostaje wprawdzie do ręki gotowe kadry (w zależności od projektu, albo już wkomponowane w planszę, albo w postaci osobnych kadrów, które sam komponuje w ciąg sekwencji) ale sam, dowolnie kreuje fabułę czytanego komiksu.

W efekcie otrzymujemy min.:
komiksy w postaci domina (pudełko dwukadrowych pasków, które zestawia się ze sobą):





komiksy na sześcianch/kostkach (jeden kadr na każdej ścianie):



komiksy w postaci scrabble (każdy kadr komiksu osobno):





komiksy „w pętli” (można je czytać „w kółko”, zaczynając od dowolnego kadru):




komiksy „w pętli”ułożone na planie „figury niemożliwej” (pochodnej wstęgi Mobiusa), co w niektórych przypadkach pozwala na dosyć swobodne poruszanie się/czytanie kolejności kadrów (niekoniecznie „w kółko”):





Oczywiście eksperymenty zapoczątkowane przez OuBaPo to nie tylko oddawanie inicjatywy fabularnej w ręce czytelnika.
Francuzi (a po nich amerykanie), sporo eksperymentują z układem obraz-tekst. Pojawiają się komiksy, w których całość tekstu (łącznie z dialogami) zostaje wyrzucona poza kadr, jak w starych „protokomiksach” (u nas mogliśmy to zobaczyć min. w wykonaniu Loustala), niektórzy idą o krok dalej i wyrzucają część tekstów dialogowych pod plansze (z rozpisaniem na osoby, jak w scenopisie), inni tworzą najpierw plansze i dopiero po narysowanego komiksu, wymyślają teksty i dialogi (u nas podobna metodę stosował, dosyć skutecznie zresztą, min. K.Gawronkiewicz).
Pojawiają się komiksy „szyfrowane” (zaczerpniętą z Oulipo, literacka metodą S+7), takie jak np.”Gorączkowe wspomnienie z dzieciństwa/Gorączkowe wspólnictwo z dziedziczką” Killoffera (ale, co ważne, „szyfrowany” jest zarówno tekst jak i obraz),
Jednak jeden z najciekawszych i najbardziej inspirujących komiksów, wywodzący się bezpośrednio z „Komiksu Potencjalnego”, powstaje za oceanem. „99 Ways to Tell a Story: Exercises in Style” Matta Maddena wydaje się być wzorcowym pomostem, łączącym komiks eksperymentalny z warsztatowymi podstawami, które są niezbędnym ćwiczeniem każdego, nawet najbardziej komercyjno-mainstreamowego autora, chcącego ŚWIADOMIE tworzyć komiksy.

C.D.N.

sobota, 14 stycznia 2012

Ale o co chodzi? (cz. 1)

Ponieważ okazuje się, że wielu nie ma pojęcia, innym po prostu nie chce się szukać, jeszcze inni twierdzą, że to nie komiksy itd. itp., spróbuję to jakoś, na mój prosty, subiektywny, proletariacki sposób ogarnąć (przynajmniej trochę).

Na początek definicja z Wikipedii:

Komiks – opowiadanie, tworzące narrację za pomocą co najmniej dwóch kadrów z rysunkami (najczęstszą formą komiksu jest zbiór kadrów, zwany planszą). Kadry zazwyczaj zaopatrzone są w teksty narratora (po boku) i / lub wypowiedzi postaci (w dymkach). O zakwalifikowaniu danej narracji jako komiksu, decyduje m.in. : wkomponowanie tekstu w obraz, graficzne elementy upływu czasu (tzw. "rynna"), powiązanie semantyczne kadrów, ikoniczność znaków.

Do tego Hubert Kowalewski redefiniujący Michała Błażejczyka:

"Typowy komiks to seria statycznych obrazków ułożonych obok siebie, stanowiących spójną całość narracyjną i znaczeniową, której głównymi składnikami są rysunki i, zazwyczaj, słowa wpisane w charakterystyczne dymki."

A teraz proponuję rozpocząć krótką podróż po świecie KOMIKSÓW.

Rok 1970, Kuba, Roberto Altmann publikuje komiks „Zr + 4HC1 → ZrC14 + 2H2U + 3F2 → UF6” w wydawnictwie la Revista Signos #3







reszta do konsumpcji min. TUTAJ

Rok 1969, Norwegia, Terje Brofoss, znany również jako Harriton Pushwagner, rozpoczyna pracę nad komiksem „Pushwagners Soft City”, niestety, w 1976 roku gubi walizkę z gotowym albumem gdzieś w Londynie. Walizka odnajduje się w 2002 roku w Oslo, a sam komiks zostaje opublikowany przez No Comprendo Press w 2008.











Rok 2003, Francja, Lewis Trondheim publikuje komiks „Bleu” w wydawnictwie L’Association







A w 2006 roku „La nouvelle pornographie”






Rok 2009, Fantagraphics wydaje międzynarodową antologię „Abstract Comics”, pod redakcją Andreia Molotiu, w której prezentują swoje prace min. takie tuzy komiksu jak: R. Crumb, Gary Panter, Ibn al Rabin, Lewis Trondheim, James Kochalka i John Hankiewicz.



Prev na stronie wydawnictwa

W tym samym roku duńskie wydawnictwo Fahrenheit wydaje autorski album Andreia Molotiu „Nautilus”.







C.D.N.