niedziela, 19 grudnia 2010

UK

Z okazji chwilowego wstrzymania lotów do Polski przez Wizzair i British Airways, proponuję szybki rzut oka za kanał.

-Po pierwsze, wydawnictwo Nobrow, czyli świetnie wydawane komiksy, artbooki i książki dla dzieci w nakładach 3 do 5 tyś., oraz ich druga linia wydawnicza: książki, postery i komiksy „robione ręcznie” w nakładach rzędu 100 egz. Ceny zabójcze, ale warto przynajmniej wirtualnie pooglądać.

-Po drugie, Woodrow Phoenix i jego „Rumble Strip” z wydawnictwa Myriad Editions, moim zdaniem, graficznie, szczególnie w sposobie narracji, blisko tego, co robi Kuba Woynarowski, kompletny album, więc życzę miłej lektury.

-Po trzecie, niekomiksowo, Jacob Epstein, który do tej pory kojarzył mi się (i zachwycał) jedynie z nagrobkiem Oscara Wilde’a, walnął mnie ponownie między oczy rzeźbą/rzeźbami „The Rock Drill”, które powstały w latach 1913-14:

sobota, 18 grudnia 2010

Przekorne top 10

Ponieważ akcja „Komiks Roku” nabiera rozpędu, a przy okazji wzbudza kontrowersje, (chociaż, na szczęście, nie „śmieszy, tumani i przestrasza”), odczułem nieprzepartą ochotę na rozszerzenie mojej listy.
Rozszerzenie, oczywiście, przekorne, bo nie chce mi się tutaj publikować mojego „top 5/10/15”, ani tym bardziej analizować, dlaczego z mojej wstępnej listy blisko 40 komiksów, wydanych w naszym kraju, ostatecznie zostało 7.
Bo nie lubię rankingów i takie podsumowanie traktuję tylko i wyłącznie, jako specyficzną formę zabawy, którą, przy okazji, uzupełniamy o pewne walory poznawcze, (czyli garść komiksów zagranicznych).
Warto przy tym pamiętać, że ten komiksowy ranking to fragment większej całości, w której „komiks”, jak rzadko kiedy, pojawia się na równych zasadach obok „muzyki”, „filmu” i „gier”.
I tyle.
A wracając do tematu, moja wstępna lista 10 komiksów, których nie przeczytałem w 2010 roku (a które przeczytać chcę/muszę):

„Pour l’Empire” Bastien Vives, Merwan Chabane

„Erzsebet” Emre Orhun, Cedric Rassat

„Les Cahiers Ukrainiens” Igort

„Dimmi la verita” Squaz

„X'ed Out “ Charles Burns

“Nouveaux corps” Yuichi Yokoyama

“Weathercraft” Jim Woodring

“Chateau de sable” Frederik Peeters, Pierre Oscar Levy

“Le fils de l’ours pere” Nicolas Presl

“Cinq Mille Kilometres par Seconde” Manuele Fior

czwartek, 2 grudnia 2010

DIY


Filtrujemy oferty wydawnicze zachodnich wydawców, przeglądamy portale komiksowe i robimy zakupy na amazonach, ebayach i innych milehightach i wydaje się nam, że ogarniamy zachodnie (a przynajmniej francuski i amerykański) rynki komiksowe.
Żyjąc w kraju, w którym z ledwością egzystuje kilka księgarni komiksowych, a ilość wydawanych, w skali roku, komiksów jest określana „zalewem”, bo praktycznie codziennie można kupić coś nowego, wydaje się nam, że można, stosując proste przełożenie jeden do jednego, ogarnąć rynki komiksowe, na których rocznie pojawia się tych komiksów kilka tysięcy.
A potem człowiek, przyzwyczajony do tego, że praktycznie każda księgarnia komiksowa w kraju, ma/stara się mieć w swojej ofercie wszystko, od mainstreamu po ziny, trafia na coś, co właściwie całkowicie umyka poza zakres jego percepcji.
Bo to, że ludzie robią ziny na całym świecie, to gdzieś tam, podskórnie, mam zakodowane.
Ba, mam świadomość, że w wielu miejscach istnieją duże i mocne środowiska twórców (i ich krewnych i znajomych), którzy dobrze się bawią we własnym gronie i nie odczuwają większego ciśnienia, żeby podbijać swoimi komiksami cały świat, a potem pławić się „w dziwkach i majonezie”.
Niemniej, dopiero trafiając w sieci na sklepy/platformy/portale, które zajmują się tylko i wyłącznie taką, czysto zinową, produkcją, uświadamiam sobie, jaka jest rzeczywista skala „rynków komiksowych” na świecie.
Na dobry początek "do obczajenia" dwa sklepy amerykańskie:
PATRYKA
Global Hobo
i jeden australijski:
Bird in the Hand

sobota, 20 listopada 2010

Wygrzebane, odcinek 31415926


Taka mała refleksja na początek.
Łotewski magazyn komiksowy „Kuš!” to osiem wydanych numerów, plus sporo niezłych akcji i wystaw. Bardzo konkretne nazwiska twórców i mocny PR na sieci.
Wiecie ile osób z Polski uderzyło do nich z komiksami?
Dwie, Tomasz Niewiadomski i Agnieszka Piksa.
Z jednaj strony spoko, ważne, że ktokolwiek, ale z drugiej, podobno mamy ponad setkę aktywnych twórców (ja twierdzę, że sporo więcej), podobno wiele osób chciałoby publikować zagranicą, podobno niektóre osoby czują się dyskryminowane i pomijane w kraju (z różnych względów).
Łotwa to zagranica, w magazynie publikują rzeczy różne (kwadratowe i podłużne), dystrybucję mają na cały świat i w wielu miejscach na świecie się o tym magazynie pisze.
Takich magazynów/zinów jest sporo, (jeśli trzeba służę pomocą odnośnie linków i kontaktów), tylko trzeba włożyć odrobinę wysiłku i wysłać cokolwiek, zamiast jęczeć, że jest się poniewieraną/-nym twórcą (twórczynią) dyskryminowanym w „polskim komiksowym piekiełku”.
Mawil, Gefe, Sommer, Burns, Berberian, Dupuy, Larsson, Turunen, Andersson czy Ott, są w stanie współpracować z każdym tego typu zinem/magazynem, a u nas praktycznie nikt nie ma siły/ochoty żeby przynajmniej spróbować?

* * *

No dobra, lecimy z wygrzebanymi linkami:
-lekka zaległość (o ile ktoś jeszcze nie zna), czyli panowie Ruppert i Mulot
-LabOu, czyli sporo niezłych eksperymentów i zabawy formą
-Michael DeForge, w dwóch odsłonach
-wywiad z Renee French i rzut oka na jej najnowszy „komiks” (?)
-ooo, to jest naprawdę fajny patent na pozbycie się starych okładek po kasetach

środa, 20 października 2010

Melina komiksu

No dobra, dzieciaki już uśpione, ja też się przy okazji zdrzemnąłem, pora na fotorelację.
Niestety foty tylko z otwarcia, bo potem „odrabiałem pańszczyznę” i praktycznie 80% imprezy znam właściwie z drugiej ręki (niemniej dziękuję wszystkim, którzy nie dość, że zakupili moje bazgroły, to jeszcze chciało im się je targać do „Meliny”).

Osoby odpowiedzialne za to co zawisło i zostało wyświetlone otwierają wystawę („Skil” czai się z aparatem, „Gizol” obstawił się kobietami (które po nocach naklejały mozolnie plansze na ściany, jakby nie miały nic lepszego do roboty) i udaje, że zna nazwiska autorów komiksów).

Hmmm...gdzie jest Tomasz K.?

i ludzie zaczęli oglądać...

...i rozmawiać...

... przybyli nawet Gabriela B. i Zbigniew T. ...

... a ludzie dalej oglądali...

... i czytali...

... dzieci (nie tylko moje) dorwały się do kredek...

...a dorośli do cienkopisów (Panna N. czyli Katarzyna W.)

... plansze grzecznie wisiały sobie na ścianach (i żadna nie spadła!)...

... a autorzy grzecznie knuli jakieś spiski (znaczy się plotkowali).

Nie wiem ilu było odwiedzających, ale były momenty, że nie dało się nawet postawić kroku do przodu i robiła się kolejka przed wejściem (zdjęcia wykonałem przed nadejściem głównej grupy uderzeniowej). Czyli całkowite zaskoczenie jeśli chodzi o frekwencję.
Relacja szła cały czas w sieci, więc pewnie niektórzy wirtualnie widzieli więcej niż ja „w realu”.
Pojawiało się kilku autorów, których kompletnie się nikt nie spodziewał (o niektórych dowiedziałem się, że byli, jak już wyszli).
Pojawiły się też pytania:
- gdzie można kupić komiksy? (bo w Gliwicach praktycznie nie ma gdzie, księgarzom w ponad 200 000 mieście nie zależy, bo jest podobno jakiś kryzys czy coś w ten deseń, i zainteresowanie podobno za małe, taa...).
- kiedy można przyjść, żeby sobie na spokojnie przeczytać to co wystawione? (można praktycznie w każdej chwili, tylko trzeba wcześniej zadzwonić, albo napisać maila, wszystko jest na stronie „Meliny”).

Reasumując, impreza się (podobno) bardzo udała, wszystko wskazuje na to, że „będzie się działo” cyklicznie (plany są, i to dosyć konkretne). Zgodnie z duchem idei „myśl globalnie, działaj lokalnie” sugeruję zaznaczenie sobie na mapach kolejnego „komiksowego” miejsca i zapraszam na kolejną akcję za czas jakiś.
Aha, wszystkim gościom i organizatorom dziękuję za sporą dawkę pozytywnych zaskoczeń.

środa, 6 października 2010

"Szczygieł zrehabilitowany"


Dzisiaj (lepiej późno niż za późno) odkryłem, że Mariusz Szczygieł się zrehabilitował. Wprawdzie tylko (a może aż?) na swoim blogu i niestety nadal nie zrozumiał, o co chodzi z tymi komiksami (analogia z jedzeniem lodów w restauracji), niemniej zrehabilitował się na tyle, na ile to możliwe w przypadku inteligentnego człowieka, który się nie zna i nie potrafi zrozumieć.
A już się bałem, że za każdym razem jak sięgnę po „Gottland” to będę się znowu podświadomie wkurzał, że ktoś piszący z takim sensem, wypłacił mi ignoranckiego kopa w jaja.
Na szczęście okazuje się, że kopniak był przypadkowy, Śledziu i kilka innych osób zadziałało, a kopiący przeprosił i jest OK.
Trochę smuci mnie stwierdzenie: „…ja i wielu moich polskich przyjaciół nie umiemy czytać komiksów i nie interesujemy się nimi…”, ale bądźmy szczerzy, takie są nasze, krajowe realia, że większość ludzi po prostu nigdy nie nauczyła się czytać komiksów, i trudno od nich tego wymagać (i warto o tym pamiętać podczas rozważań o sytuacji komiksu w Polsce).
Trochę szkoda, że taki „czechofil” jak Szczygieł, prawdopodobnie nigdy nie napisze np. o Kaji Saudku, właśnie dlatego, że „nigdy się nie nauczył”, szkoda.
A może jednak kiedyś się „nauczy” i napisze?
Kto to wie?
(kurcze, właśnie sobie uświadomiłem, że chyba rozmawiałem ze Szczygłem w redakcji „Na przełaj”, w 1987 roku… ech, ale się ludziom te drogi plączą i przecinają w dziwny i niespodziewany sposób).

* * *
A tak z innej beczki, to wystawa śląskich komiksów się robi, w Gliwcach, w Galerii Melina.
Rysownicy (i scenarzyści) dopisali, szykuje się kilka dodatkowych atrakcji, powinno być dobrze, więc jeśli ktoś jest zainteresowany to zapraszam (wernisaż 19 października o godzinie 19.00), szczegółowe info na stronie galerii i wkrótce na portalach komiksowych.

środa, 29 września 2010

Nosz fak

W związku z dwoma wywiadami u Lucka i u Jima oraz w nawiązaniu do dyskusji u MRW pozwolę sobie na kilka słów komentarza.

Mam dziwne wrażenie, że zbyt wiele osób mylnie stawia znak równości między określeniami „komiks historyczny” i „komiks martyrologiczny”. Mam również nieodparte wrażenie, że gdybym był chińczykiem to bardzo by mi się podobały polskie „komiksy martyrologiczne” (vide spektakularny sukces „Historii Polski” wg Bagińskiego).
Ba, gdybym był historykiem z IPNu, albo nacjonalistą, to też byłbym zachwycony.

Niestety, jestem zwykłym zjadaczem chleba, dla którego sama opowieść, emocje, krew i pot mają stokroć większe znaczenie niż prawidłowo narysowane skrzydła Junkersa Ju 87„Stuka”, albo szprychy w wózku motocyklowym BW 34 marki BMW.
Z jednej strony rozumiem potrzebę dostosowania się do wymogów sponsorów „komiksów martyrologicznych” (po moim ostatnim „otarciu się” o tego typu realizację do dzisiaj mam wysypkę) i akceptuję sytuację, w której autorzy decydują się na „mieć”, (czyli, że udaje im się jednak zarabiać tutaj i teraz na komiksie) zamiast „być”, (bo, z tego co czytam w wywiadach, aspiracje mają znacznie większe).
Z drugiej strony jednak, nie rozumiem samozadowolenia i mylenia sponsorowanej (i kontrolowanej) „martyrologii” z „historycznością”. Szczególnie w kontekście komiksów Tardiego, Trondheima, Bilala czy Davida B., którzy udowadniają, że niekoniecznie trzeba „hiperrealistycznie” i zgodnie z katalogami wyposażenia i uzbrojenia żeby było „historycznie”.
Najbardziej zadziwia mnie (i wkurza) fakt, że jako mieszkaniec Śląska („Korfanty”), który sporą część dzieciństwa spędził w Kuryłówce („Wyzwolenie? 1945”), a alergię na „czerwone pająki” („Łupaszka 1939”) wyssał z mlekiem matki, jestem (teoretycznie) docelowym odbiorcą tych komiksów.
Tyle tylko, że jedynie teoretycznie, bo „historycznie” (patrząc przez pryzmat mojego miasta) znacznie mi bliżej do husytów (w wydaniu Davida B.), niż do wklejonego (na siłę i po interwencji historyków) lancknechta, jako symbolu rycerstwa na ziemiach śląskich.
„Geograficznie” bardziej jest dla mnie wiarygodna wieś Sfara w „Klezmerach” (pomimo tego, że jest bardziej „żydowska”) niż Wyrzykowskiego „w „Wyzwoleniu?” (ja rozumiem, że scenarzysta z rysownikiem sms-ami ustalali, czy to miasteczko czy wioska, żeby wirtualnie „dobrać otoczenie”, tyle tylko, że ta wioska jest dosyć specyficzna, bo w centrum stoi murowana cerkiew itd. itp.).
A emocjonalnie, to żadnemu z polskich autorów nie udało się jeszcze tak doskonale i wiarygodnie oddać „ciężaru pajęczyny utkanej przez czerwone pająki” jak Bilalowi w „Polowaniu”.
Niestety, mamy „ładne obrazki”, mamy „zgodność historyczną” i „martyrologię”, ale obawiam się, że na „KOMIKS HISTORYCZNY” z prawdziwego zdarzenia, przyjdzie nam jeszcze długo poczekać.
Bo potencjał jest, tylko kierunek trochę nie w tę stronę, a drogi do celu strasznie splątane i niełatwe.

sobota, 25 września 2010

Zaległość 2009


Ups, zapomniałem o podsumowaniu z 2009 roku.
A że mam chwilę, to podganiam (ograniczając się tylko do krajowych komiksów).
Sytuacja prawie tożsama z 2008 rokiem, czyli łącznie około 100 pozycji komiksowych, z czego 75 to albumy.
I podobnie jak rok wcześniej seria o Olimpijczykach, tak teraz wznowienie cyklu o „Tytusie, Romku i A’tomku” zawyżają średnią (23 tomy).
Do tego dochodzi 14 pozycji będących reedycjami (np. „Mikropolis” i „Popman”) lub zbiorami komiksów niepublikowanych wcześniej w formie albumów („Komiksowa W-wa” czy komiksy z wydawnictwa Ongrys).
Na placu boju pozostaje 38 albumów z premierowym materiałem.
Spory przekrój, od komiksów Ojca Rene, przez „Likwidatora”, „Wartości Rodzinne”, „Jeża Jerzego”, aż do klasycznie pojmowanego mainstreamu pod postacią min. „Historii okupacyjnych”, „Epizodów z Auschwitz” i kolejnej części „Biokosmosis”.
Mnie osobiście (i czysto subiektywnie) najbardziej ucieszyły trzy albumy lądujące na prywatnej „wysokiej półce”: „Łauma”, „Wrzątkun” i „Tragedyja Płocka”.
Reasumując: niezły rok, sporo różnorodnych, dobrze zrealizowanych komiksów, wśród których praktycznie każdy znajdzie coś dla siebie. Patrząc na ilość i jakość wydanych komiksów możemy chyba mówić o „małej stabilizacji” (praktycznie od trzech lat mamy stabilną sytuację tego typu).
Ciekawe czy i jak „kryzys” wpłynął na rynek komiksowy w naszym kraju, ale nad tym będzie czas się zastanowić za kilka miesięcy.

piątek, 17 września 2010

Jak się kaszle?

Uwaga, ciężki temat.
Bart Beaty wprowadza czytelników amerykańskich (kolejny raz) w świat współczesnych komiksów niemieckich, tym razem za pomocą wydanej przez Instytut Goethego antologii „Comics, Manga and Co.”
Szwajcarski magazyn „Strapazin” świętuje setny numer, poświęcając go tematyce współczesnego komiksu chińskiego (a Forbidden Planet „podaje dalej”).
Południowo-wschodnia Azja ma ciągłe wsparcie ze strony Image Comics w postaci antologii „Liquid City”
„The Beat” poświęca sporo miejsca komiksom z Kambodży.

Niemcy, Chiny, Kambodża, Singapur, Tajlandia, a patrząc wstecz to oczywiście Francja, Belgia, Hiszpania, Portugalia, Słowenia, Finlandia, Włochy, Szwecja, Austria, Dania itd. itp.
Każdy anglojęzyczny pasjonat komiksu (nie mylić z „przypadkowym/przeciętnym czytelnikiem”) bez problemu trafi w miejsca dające naprawdę bardzo szeroki wgląd we współczesne komiksy wydawane w w/w krajach.

A teraz popatrzmy na huraoptymistyczne teksty o „polskich komiksach za granicą”.
Ilu amerykańskich czytelników Adlera, Oleksickiego czy Sambora zauważy, że to rysownicy z Polski?
Ilu Francuzów czy Belgów ma świadomość, że np. Kowalski czy Gawronkiewicz są tutejsi a nie tamtejsi?
Parafrazując Orlińskiego; „Komiks Polski nie istnieje”, bo nawet mając mocną (i coraz większą) reprezentację naszych twórców za granicą (ze wskazaniem, co może się wydawać zadziwiające dla wielu polskich czytelników komiksów, na mainstream), Polska, jako kraj, w którym robi się komiksy, jest białą plamą.
Nie ma stron, portali ani blogów, na które mógłby się udać anglo- czy też frankojęzyczny „komiksiarz”, żeby sobie poczytać, co też u nas w trawie piszczy.
Nie mamy antologii, magazynu komiksowego, zina, z którym moglibyśmy wbijać się na szersze wody (a przecież są takie możliwości, vide Stripburger, Kuś! albo wspomniany wcześniej Strapazin).
Albumy komiksowe wydawane w Polsce są dostępne w Polsce i tyle, (bo nawet jak da się je kupić za granicą, to nie ma o nich za tą granicą cienia informacji).
Wystawy zagraniczne pojawiają się i znikają, a bez możliwości zakupu prezentowanych na nich komiksów, pamięć o nich umyka jak zeszłoroczne wpisy na blogach (katalogi tego nie załatwią).
Polscy teoretycy komiksowi albo milczą, albo bawią się w „komiksologię” umartwiając się na mizerią krajowego rynku komiksowego, a przecież wystarczyłoby „raz na chiński rok” sprężyć się trochę i machnąć jakiś tekst chociażby TUTAJ, żeby tą „krajową mizerię” wyciągnąć chociaż o milimetr z otchłani niebytu.
Itd. Itp.

Jasne, da się żyć w Polsce robiąc komiksy „na zachód” (chociaż to co w tej chwili się dzieje, to, przynajmniej z mojego punktu widzenia, jest jedynie wąską dróżką dla nielicznych desperados, gotowych zapieprzać ciężej niż robotnik w fabryce samochodów, odkładając swoje ambicje, pomysły czy nawet styl, na rzecz kasy).
Ale czy na dłuższą metę ma to sens?
I czy to jest jedyna droga, jaką mogą u nas iść szaleńcy, którym jeszcze w głowie zabawa w robienie czegoś, tak niepoważnego z nazwy jak komiks?

piątek, 10 września 2010

Karawana jedzie dalej


Pochorowałem się ostatnio, ale nic to, zaczynam wychodzić na prostą.
Obserwując biernie (i delirycznie) zamieszania w tematach „komiks kobiecy” i „stęsknieni za zeszytówkami” po raz kolejny doszedłem do wniosku, że nie mam już najmniejszej ochoty (ani przyjemności) na babranie się w w/w tematach.
W temacie „komiksiarz jako frajer, który powinien rozdawać komiksy za darmo” też nie mam już kompletnie nic do powiedzenia.

Jeśli jednak kogoś to jeszcze rajcuje to proszę bardzo, coś na temat, czyli odrobina wyliczeń w temacie „jak się bawić w komiksy” made in USA, a TU komentarze.

* * *
W ramach wirtualnych wycieczek zapraszam dzisiaj do wizyty w paryskiej Galerii Martel, najnowsza ekspozycja to Tomas Ott, ale zachęcam gorąco do grzebania w archiwaliach, bo jest tam multum naprawdę zacnych nazwisk i równie zacnych prac (min. Mattotti, Breccia, Crumb i McKean).

* * *
Po „francuskiej zupie z różnościami” proponuję „danie dnia”, czyli absolutnie powalającą, nieoficjalną stronę poświęconą Alberto Brecci.

* * *
A na deser zapraszam do Włoch, a konkretnie do Hotelu Tarantula, którego właściciel, czyli Squaz, z zapałem serwuje swoje „undergroundowe spaghetti”

* * *
Acha, i jeszcze trafiłem na kilka plansz Gawronkiewicza, których jakoś wcześniej nie widziałem.

wtorek, 10 sierpnia 2010

to i owo, tu i tam

Dłuuuugo mnie tu nie było.
Ale nadal zarobiony jestem, maksymalnie, więc pojawiał się będę, niestety, sporadycznie.
Czerwiec zżarła mi „ekranizacja” pacyfikacji KWK „Wujek” (w życiu bym nie pomyślał, że kiedykolwiek będę musiał dłubać takie sceny batalistyczne), dzięki której przypomniałem sobie, dlaczego nie chcę i nie lubię rysować „realistycznie”.
Lipiec to tradycyjne „wakacje z dziećmi”, tradycyjnie w Tunezji, bez dostępu do sieci, telefonów komórkowych i TV, a w zamian trochę czasu na lekturę i zaległości filmowe.
I tak podgonione:
-China Mieville: „Blizna” („The Scar”), świetna rzecz, kompletnie nie rozumiem, dlaczego nie mogłem się wcześniej przebić przez pierwsze 100 stron (kolejny tom, czyli „Żelazna Rada”, właśnie czeka w kolejce do czytania, a „Dworzec Perdido” w kolejce do zakupu, bo podobno reedycja tuż tuż, a właśnie stwierdziłem, że Zysk ma jakimś tajemniczym cudem dostępne pierwsze wydanie?)
-Scott Lynch: „Kłamstwa Locke’a Lamory”, raczej bez orgazmu, ale to i tak kawał fajnego czytadła i dlatego kolejne tomy lądują na liście „do zakupu/przeczytania”
-Magdalena Kozak „Fiolet”, jak zwykle fabularnie wtórne, ale za to dużo lepiej zrealizowane niż „Nikt”, więc spokojnie czekam na kolejną powieść (ma nadzieję, że po powrocie z Afganistanu, autorka podniesie sobie poprzeczkę jeszcze wyżej)
-Marcin Gawęda „Kaukaskie epicentrum”
- Vladimir Wolff „Stalowa kurtyna”
czyli dwie „alternatywno-militarne” powieści wydawnictwa Warbook, obie literacko bardzo „takie sobie”, obie bardziej przypominają scenariusz jakiejś gry komputerowej, (chociaż w „Stalowej kurtynie” żarzy się coś więcej, niestety, głęboko ukryte pod opisami możliwości technicznych sprzętu i podręcznikowymi wykładami z taktyki współczesnego pola walki), trochę boję się takiego kierunku rozwoju polityki wydawnictwa.

Seriale (a właściwie jeden serial):
„The Big Bang Theory”, miazga.

O filmach kiedy indziej, ale muszę jedno stwierdzić, Polskie Kino (tak, tak, z dużej litery), w końcu zaczyna wychodzić na prostą.

I na zakończenie wpisu kilka „komiksowych akcji”:
-księgarni komiksowych w Tunezji wprawdzie nie ma, ale jak już ktoś wybierze się na wycieczkę do samego Tunisu, to polecam księgarnię położoną kilkaset metrów od medyny, na Av. Habib Bourguiba, po lewej, idąc w kierunku Place du 7 Novembre. Na parterze spory stojak z mangami, na piętrze zupełnie przyzwoita kolekcja frankońskiego mainstreamu. Więcej komiksowych atrakcji w tej części Afryki Północnej nie stwierdzono.

-a jak ktoś będzie w naszym, krajowym hipermarkecie, to można zakupić sobie (ja kupiłem dziecku) blok rysunkowy z Bydgoszczy, o któryś z tych:





- Lilli Carre to amerykańska rysowniczka, publikująca min. w wydawanej przez Fantagraphics antologii „MOME” i w fińskiej antologii „GLÖMP”, jej rysunki, szkice i animacje można zobaczyć na blogu, na którym pojawiły się ostatnio również ilustracje do przygotowywanego na przyszły rok, amerykańskiego wydania „Kordiana”:



Bardzo zacne ilustracje.

I to tyle na dzisiaj, idę dalej leczyć się z zapalenia ucha.

piątek, 11 czerwca 2010

Przysłowiowy "szok w trampkach"

Dzisiaj w rolach głównych dwóch znanych/nieznanych gigantów i lata 70-te ubiegłego wieku w tle:
Po pierwsze, Jim Steranko i jego ilustracje do "Red Tide" R.Chandlera:








i jako bonus jego "Shadow":

A po więcej zapraszam TUTAJ

Po drugie, Luis Garcia Mozos:








A cały cykl bogato ilustrowanych felietonów na jego temat znajdziecie na Today's Inspiration
Udanej uczty życzę.