wtorek, 24 lutego 2009

Takie tam historie, co leżą na ulicy (i się kurzą), część pierwsza.


Tak to już jest, że pomysły nie tylko leżą na ulicy, ale wręcz włażą pod nogi i błagają „mnie wybierz Panie, mnie wybierz…”, a tu czasu nie ma, innych pomysłów kłębią się tony w głowie, i tylko trochę szkoda tych wszystkich potencjalnych opowieści, które czają się tuż za oknem, dosłownie kilka kroków od domu.
Patent nr.1, czyli „hanyski steampunk”
Mieszkam przy ulicy, która przed wojną nosiła miano Alei Zeppelina (Zeppelinallee), stając na dachu bloku, po jednej stronie mam widok na skromne lotnisko aeroklubu (jeden hangar i stanowisko helikoptera medycznego), po drugiej panoramę miasta z górującą nad wszystkim konstrukcją radiostacji.
Pozornie nic ciekawego, tyle tylko, że radiostacja jest podobno najwyższą konstrukcją drewnianą na świecie, a dziesięć lat przed jej wybudowaniem nad miastem górowały dwie, nieco niższe wieże, należące do Schlesische Funkstunde AG, zaś skromne lotnisko aeroklubu przed wojną było sporym portem lotniczym z kilkoma hangarami i dworcem lotniczym. Miasto dwukrotnie odwiedził sterowiec „Graf Zeppelin”, za pierwszym razem zrobił jedynie dwukrotną rundę nad miastem, za drugim wylądował na lotnisku.
A teraz, po tym krótkim wstępie, czas na szybki „miszmasz”:
Po niebie dostojnie suną sterowce na trasach Londyn-Teheran i Rzym-Warszawa (bo takie trasy krzyżowały się tutaj tranzytem), łagodnie schodząc do lądowania między potężnymi wieżami radiostacji, obok nich przelatują trójsilnikowe Junkersy, obsługujące krótsze połączenia. Poniżej miasto, secesyjne kamienice, potężne huty i fabryki (ulokowane w centrum miasta), oprócz wież radiowych, w górę wyrastają kominy, chłodnie kominowe i neogotyckie wieże ciśnień, dwa porty rzeczne (z czego jeden w ścisłym centrum) obsługują ruch turystyczny i handlowy (istniejące do dzisiaj połączenie do Szczecina), w centralnym parku miejskim rozrasta się olbrzymia konstrukcja palmiarni, oferująca mieszkańcom egzotyczną dżunglę w sercu „zimnej” Europy (palmiarnia istnieje i wciąż się rozrasta), a na obrzeżach miasta przeplatają się wielokondygnacyjne, stalowe estakady kolejowych torowisk.
Całość podlewamy sosem kryminalnym lub sensacyjno-szpiegowskim (autonomia Śląska, miasto przygraniczne, szpiegostwo przemysłowe itp.) i otrzymujemy fascynujący wizualnie steampunk czystej wody.

Patent nr.2, czyli „geneza rogalika”
Pamiętacie krótki komiks pt. „Ziemniaki i król” z dziewiątego numeru „Relaxu” (rys. W. Parzydło) ?
A co powiedzielibyście na taką „kulinarną opowieść” w formie albumu, z fabułą na pograniczu fikcji i rzeczywistych zdarzeń i z Historią (oczywiście przez duże H) w tle?
Legenda miejska:
22 sierpnia 1683 roku, Jan III Sobieski przybywa do Gliwic, chwilę wcześniej jeden z miejscowych piekarzy zdaje egzamin na majstra, a że w mieście wszyscy przygotowują podarki w związku z wizytą monarchy, to i piekarz wymyśla „coś na temat”, nowa receptura ciasta i nietypowy kształt pieczywa w formie półksiężyca (co ma symbolizować spodziewaną klęskę Turków pod Wiedniem) znajdują akceptację w komisji egzaminacyjnej i wśród miejskich rajców. Władze miasta nakazują masowe pieczenie rogali, które rankiem 23 sierpnia zostają zaserwowane królowi i towarzyszącej mu husarii na śniadanie. Zachwycony król rozkazał wcielić piekarza do swojej służby kwatermistrzowskiej.
Fakty:
Wrzesień 1683, wiedeńscy piekarze „w przypływie spontanicznej radości”, chcąc uczcić zwycięstwo, pieką ciastka w kształcie półksiężyca. Prawie 100 lat później, podobno za sprawą Marii Antoniny, austriackie półksiężyce zmieniają się w rdzennie francuskie „croissants”.
Nie mam bladego pojęcia, dlaczego nikt nie połączył dotąd miejskiej legendy z historią o symbolu francuskiej awangardy kulinarnej, niemniej rzecz leży na ulicy i aż się prosi o jakąkolwiek formę adaptacji.
Cdn.

środa, 18 lutego 2009

E-komiksy?

Tak się zastanawiam (przy okazji, że KG rusza z KRLowym komiksem online), patenty z komiksami sieciowymi trenowane są już od dłuższego czasu na wszystkie możliwe sposoby, wiele wydawnictw udostępnia fragmenty swoich publikacji w PDFach, książkowe e-booki są już do nabycia w sieci właściwie wszędzie (nawet w naszym zaścianku), muzyka na karta microSD pojawiła się w sprzedaży z początkiem tego roku, karta 1 GB kosztuje obecnie ok. 15 pln, więc może rzeczywiście już pora żeby zacząć myśleć o publikacjach e-komiksów w formacie PDF?

Z drugiej strony, czytanie z ekranu kompa to tragedia (z komórek i odtwarzaczy mp4 tym bardziej), jedynym rozwiązaniem wydaje się być e-papier (czyli „zabawki” typu „Kindle”), jednak za czarnobiały czytnik trzeba zapłacić od 1000 pln w górę (za ekran 6 cali), czytniki o formacie A4 to cena rzędu 2000 pln i brak koloru, co ogranicza ofertę potencjalnych komiksów, możliwych „na już” do wydania w takiej, cyfrowej formie (Philips prezentował wprawdzie w 2007 roku kolorowy e-papier, ale na prezentacji jak na razie się skończyło).
Pozornie zatem, nie istnieje rynek zbytu na taką formę publikacji komiksów.
Pozornie, bo ceny czytników jednak spadają (istnieje nawet możliwość zakupu komponentów do samodzielnego składania), jakość obrazu jest znacznie wyższa niż obraz LCD (i bardziej przypomina „analogowy” papier), czytniki mają szansę za chwilę powalczyć z netbookami wszelkiej maści (mają wifi, funkcję tabletu, odtwarzają muzykę, są bardziej poręczne etc.), a zatem możliwe, że to tylko kwestia czasu i ceny?
E-komiks nie tyle jako konkurencja, co bardziej jako uzupełnienie komiksów papierowych.
Papier do delektowania się w domowym zaciszu, a dobrej jakości PDFy do lektury w podróży, chwilach przerwy w pracy itp., a przy okazji możliwość zejścia z cenami (tańszy nośnik, znikają koszta druku i magazynowania, dystrybucja online lub wysyłka kart SD w zwykłych listach zamiast kosztownych paczek).
Jak dla mnie, taka forma wydaje się być znacznie bardziej rozsądne i optymalna niż męczące podczytywanie komiksów sieciowych czy ściąganie pirackich, słabych jakościowo skanów, szczególnie, że na chwilę obecną sam przerzucam muzykę z CD na mp3 (nie, nie piracę, konwertuję tylko to co legalnie kupiłem, taki już głupi jestem) i w takiej formie słucham na co dzień, gdym miał czytnik i możliwość kupowania książek to nie odczuwam żadnego dyskomfortu przy takiej formie lektury (niestety, nie istnieje u nas jeszcze wystarczająca oferta wydawnicza), więc, chociaż osobiście wolę komiksy na papierze, to jednak idea takich e-komiksów wydaje mi się w przyszłości bardziej akceptowalna (np. zbieram tylko to co naprawdę lubię, a resztę kupuję jedynie w postaci cyfrowej).

niedziela, 15 lutego 2009

"Forum czasami boli"


Ha, wiedziałem, że kolejna przepychanka na forum Gildii tak szybko się nie skończy.
Nie mam czasu, siły i ochoty, żeby znowu szarpać się werbalnie o domniemane różnice między mangą a komiksem, wypatrywać niuansów wyznaczających wirtualną granicę między anime a pozostałymi filmami animowanymi, czy też badać patykiem głębokość argumentów dających podstawę do budowania szuflady dla wszystkich „pseudokomiksowych eksperymentów” .
Nie, nie dam się wkręcić.

* * *
Dobra, nazbierało się trochę zaległości, które wypadałoby nadrobić:
Książki:
„Lód” Dukaja skończony jakiś czas temu, obok „Miast pod skałą” Huberatha to jeden z ze wspanialszych „mózgojebów”, które wymęczyłem w ostatnich latach (a że lubię mieć pod ręką jakąś cegłę, którą spokojnie podczytuję we fragmentach przed snem, to z niecierpliwością czekam na kolejną powieść, niekoniecznie Dukaja, bo zdaje się, że teraz znowu kolej na Huberatha i rozwinięcie cyklu, który lata temu rozpoczął opowiadaniami w „NF” (z genialnymi ilustracjami Gawronkiewicza i przyzwoitymi Janickiego)).
„Ślepowidzenie” Petera Wattsa, fakt, że min. R.Zelazny czy Dukaj przerobili już swoje w bardzo podobnej konwencji, bynajmniej w niczym nie przeszkadza, mocna rzecz i to nie tylko dla wielbicieli hard SF.
„www.1939.com.pl” Marcina Cieszewskiego, a to niespodzianka, bo chociaż historii alternatywnych trochę się już w literaturze uzbierało, to i tym razem warto sięgnąć, kampania wrześniowa, współczesny, nasz, krajowy Samodzielny Batalion Rozpoznawczy (z całą zbieraniną sprzętu, od ruskich Mi 24 po „Rosomaka” i wypasione oporządzenie chłopaków z GROMu), bitwa pod Mokrą, kosmiczne technologie „made in USA”, wątek kryminalny, etc. czyli „superczytadłlo” na jedno popołudnie (a już za chwilę tom drugi, czyli „www.1944.waw.pl” ).
„Nikt” M. Kozak, no i niestety porażka, bo tak jak dwa poprzednie tomy, mimo wtórności fabularnej, broniły się wartką akcją, zwrotami fabularnymi i „swojskim klimatem”, to niestety trzecia odsłona najbardziej przypomina kolejny odcinek „Mody na sukces” (Kto? Z kim? Kiedy? Dlaczego? Po co? ) zmiksowany z uporczywą reklamą butów szturmowych Adidasa (fajne buty, ale bez przesady).
„Gottland” M.Szczygła, czyli rewelacyjna terapia wstrząsowa dla wszystkich, którym wydaje się, że nasi sąsiedzi z południa to piwo, knedliki, Szwejk i zabawny język.

Muzyka:
Jak ktoś jeszcze nie był, to odsyłam do bloga „don’t panic we are from poland”, bo Marceli i spółka robią dobrą robotę (a poza tym Marceli pisze świetne opowiadania i powieści, których niestety nie może jakoś wydać, co smuci mnie o tyle, że zalegam z kilogramem pojechanych ilustracji w szufladzie i głowie).
Playlista z mojego Irivera:
Mars Volta (w końcu skompletowałem wszystkie cztery studyjne LP)
Massive Attack („Mezzanine” i „100th Window”)
Portishead („Dummy”, „Portishead” i „Third”)
Nosowska „N/O”
Silver Rocket „Tesla”
SBB „SBB”

Film:
„Ciekawy przypadek Benjamina Buttona” (i jest dobrze, i nadal lubię Finchera, chociaż podpadł mi trochę za „Obcego”, szczególnie w kontekście takiego konceptu ).
„Ostatnia Bitwa” („Ji jie hao”), czyli chińczyki robią „Szeregowca Ryana”, batalistyczna miazga, niestety, pary starczyło na pół filmu, ale dla tego pół i tak warto zobaczyć.
„Kukułka” („Kukushka”), nadrobiona zaległość z 2002 roku, współczesna, rosyjska kinematografia w najlepszej formie.

Komiks, czyli co ostatnio wyładowało na półkach (a na co w kraju trzeba będzie sobie jeszcze poczekać):
„Joker” Azzarello/Bermejo, scenariusz niestety zawodzi (to już kolejny raz panie Azzarello!), za to graficznie jest „cud-miód”, bardzo lubiłem to co swego czasu rysował Ostrowski (mimo tych ewidentnych zrzynek i „nawiązań”) a Bermejo jest naprawdę blisko ideału w takiej konwencji graficznej.
„Mome” vol.11 , antologia z Fantagraphics, niezły polski akcent, czyli Tom Kaczyński , sporo amerykańskiego undergroundu, ale na pierwszy plan wybija się Killoffer ze swoją okładką i szorciakiem na 12 stron.
„Transit” T.McKeever, pierwszy tom „dzieł zebranych”, cz-b, pomniejszony format, hc, ale i tak dobrze, bo nareszcie mogę uzupełnić kolekcję dzieł tego pana.
„Nocturnal Conspiracies” David B., wiem, że trochę strzelam sobie w stopę, bo parę miesięcy temu sprowadziłem „Epileptic”, które właśnie zapowiedziało KG, ale na „senne mary-koszmary” trzeba będzie zapewne sporo poczekać po naszemu, więc trenuję sobie język Szekspira (takiej jazdy jak w „NC” to u Davida B. jeszcze nie widziałem, naprawdę zdrowo pokręcone, i to zarówno fabularnie jak i graficznie).

sobota, 14 lutego 2009

Parafrazując mędrców sieciowych

Zapadam w stupor czytając to co ludzie wypisują o komiksach, zastępując "komiks" "filmem", "literaturą" czy "muzyką" utwierdzam się w przeświadczeniu, że (na szczęście?) problem ten dotyczy nie tylko naszego bagienka.
Bo poniższe parafrazy spokojnie pojawić by się mogły na forach o odpowiedniej tematyce, chociaż, w oryginale, pojawiły się oczywiście na stronach komiksowych.

Film
Film to fotografie w ruchu, z dźwiękiem w tle. Jest bardziej złożony i pracochłonny, wymaga też zaangażowania większej liczby osób (niż fotografowanie), jednak w końcowym efekcie daje wielką satysfakcję.

Jak polscy filmowcy robią tak zajebiste (wulgaryzm) filmy, to niech je kręcą w Hollywood dla pieniędzy, a hobbystycznie w Polsce.

Literatura
W Polsce pojawiło się dużo literatury kontrowersyjnej, wulgarnej; może to taki trend by szokować. Jednak ta droga doprowadziła do upadku literatury w Polsce, szczególnie literatury dla młodszego czytelnika. Sam się często zastanawiam kto to czyta. Często jestem we Francji i USA i widzę tam książki zupełnie inne, profesjonalne pod względem literackim i merytorycznym –taka książka się obroni. W Polsce trzeba wrócić do korzeni, nie można napisać dobrej książki w miesiąc. Jeszcze jeden problem to media –te z upodobaniem lansują literaturę kiepską i wulgarną, tego nie mogę zrozumieć. Z drugiej strony widzę jakie programy się realizuje w TV to nie powinienem się temu już dziwić. Mamy wspaniałą Marie Konopnicką i jej rewelacyjne historie o krasnoludkach, szkapie i Janku Wędrowniczku. Tak wybitna artystka, ceniona w Europie, jest przez polskie media zupełnie pomijana. Nigdy nie poświęcono jej dłuższej uwagi i nie zrobiono o niej całego programu. Dlaczego?!

Ostatnio kupuję mało polskich książek (krasnoludki tu pomijam, bo to jest już światowy rynek) bo są słabe literacko, ostatnio mile mnie zaskoczyło paru pisarzy w serii „Kolekcja Dziecka”, wiem, że książki w tej serii były tworzone w szybkim tempie na zamówienie wydawcy, to jakby dać im normalny czas potrzebny na dopracowanie tekstu, to myślę, że spod ich ręki wyszły by książki na wysokim poziomie. Tu brak jest tylko zainteresowania ze strony wydawców, którzy wolą zagraniczne licencje niż dać szansę polskim młodym autorom.

Muzyka
Faktem jest, że ja również nie słucham rocka (no dosłownie z paroma „kultowymi” wyjątkami) „muzyki” elektronicznej i innych eksperymentów, ale to kwestia tylko i wyłącznie tego, że akurat w kwestii muzyki jestem konserwatystą. Bez partytury, która dosłownie porządkuje muzykę, bez rozpisanych partii wokalnych, które nadają jej życia i dynamizmu, oraz (najlepiej) klasycznego instrumentarium, muzyka potrafi mnie zmęczyć […] w tym fragmencie nie piję do rocka akurat, tylko do wszelakich eksperymentów, które nazywa się muzyką, a które z klasyczną muzyką wspólne mają tylko to, że posługują się jakimś dźwiękiem.

Może, gdyby w rocku wszyscy stosowali zapis nutowy i załączali partytury do płyt, to bym zmienił zdanie, a tak rocka do muzyki nie zaliczam […] Nie mówię, że rock jest zły, beznadziejny i w ogóle obrzydliwy. Ale stawiać go na równi z czymś takim jak „Tu Es Petrus”, to duża pomyłka i nie chodzi tu tylko o poziom artystyczny. Nie słuchałem za wiele rocka, żadnej płyty nie zaliczyłem, dzięki bogu, w całości, ale różnice między klasyczną muzyką, czy to z przeszłości czy współczesną są ogromne. Nie po to powstała nazwa „rock” (jak najbardziej przyjęta w Polsce), żeby ktoś to nazywał „ muzyką rockową”, bo rocka grają też ludzie, którzy mają klasyczne wykształcenie muzyczne i czasami tworzą normalną muzykę […] Nie pisałem o tak zwanej „awangardowej” muzyce, czy udziwnieniach jak muzyka elektroniczna (tej drugiej po prostu nie lubię, ale jak twórca w ten sposób zbija kasę, to niech sobie żyje).