sobota, 26 lipca 2008

Fotonerdometropolis

Fotokomiksy?
A czemu by nie?
Tod Kapke prezentuje jak za pomocą kartki papieru, ołówka, odrobiny inwencji, aparatu i photoshopa przetworzyć naszą siermiężną rzeczywistość.
Proces twórczy.
Efekt końcowy.

* * *

Jeden z najbardziej ekstremalnych sposobów na ustawianie swojej kolekcji na półkach, czyli paleta CMYK w pełnej krasie.

* * *

Michael Kaluta to twórca trochę zapomniany (a u nas mało znany), a szkoda, bo jego wersja „Metropolis” Langa robi wrażenie. Swoją drogą, Fritz Lang ma spore szczęście do epigonów (szczególnie komiksowych), genialne „M” Jona J. Mutha czy ekstremalne „elseworldy” małżeństwa Lofficier i Teda McKeevera to komiksy, które nieźle namieszały mi w głowie.

* * *

Trochę prywaty, czyli wieści z frontu:
-skończyłem bazgrać dwa dwustronicowe szorciaki, jeszcze tylko zeskanować, odrobinę skompresować i wysłać pod odpowiednie adresy. Przy pomyślnych wiatrach (czyli po zaakceptowaniu przez red.naczy) do zobaczenia/przeczytania w najbliższych numerach „Jeju” i „Ziniola”.
-najnowsza recenzja „Bajabongo”, pięć gwiazdek w wykonaniu „Kolca” (Dzięki!).

czwartek, 17 lipca 2008

Necrofobia

Cierpliwie czekam na nowego „Batmana”, zastanawiając się jednocześnie nad tym dziwacznym filmowym fatum. Reeve u szczytu sławy spada z konia i łamie sobie kręgosłup, Brandon Lee zastrzelony na planie filmu, który właściwie otwierał mu drogę do wielkiej kariery, a teraz Heath Ledger. Wydaje się, że granie w filmowych adaptacjach komiksów jest równie niebezpieczne jak bycie gwiazdą rocka przełomu lat 60-70-tych ubiegłego wieku. Ciekawe co na to statystyki i tropiciele teorii spiskowych?

* * *

Zapowiadane przez Hella Komiks wydanie „Fistful of blood” skłania mnie do refleksji nad dosyć specyficzną polityką wydawniczą, która u nas panuje.
Bo, jakby na to nie patrzeć, Bisley jest nadal jednym z najbardziej „gorących” twórców w naszym kraju, a jednak mało kto schyla się żeby wydawać jego komiksy. Egmont bez problemu mógłby wrzucić chociażby „Heavy Metal Dredd”, ale zamiast tego woleli uraczyć nas „mistrzowskim” „Fetyszem”, co skutecznie wyleczyło wielu czytelników z fascynacji Dreddem. Równie łatwo mogliby wydać Bisleyowskie „ABC Wariors, The Black Hole”, ale nie, bo po co?
Cicho również o, moim zdaniem genialnym, „Melting Pot” i pojechanym „Bodycount”, chociaż zdobycie licencji na te komiksy nie powinno sprawić nikomu większych problemów.

A skoro już jestem przy potencjalnych pewniakach, to kompletnie nie rozumiem dlaczego żaden wydawca w naszym kraju nie pokusił się nadal o wydanie „The Crow” O’Barra? (że o jego kontynuacjach nie wspomnę).

I przy okazji, skoro dolar taki tani, a wydawcy odpuszczają import z USA, szybki rzut oka na półkę i równie szybka polecanka dla wielbicieli komiksów w klimatach Bisleya, John Mueller i jego „Oink”, czyli piękna i chora rzeźnia, którą jeszcze gdzieniegdzie można dorwać.

* * *

A na zakończenie „Retronomatopeya”, czyli sympatyczna ramotka w stylu retro.
Smacznego.

piątek, 4 lipca 2008

Króciutko

Szybki i krótki wpis (bo zmęczony jaki ostatnio jestem).
Po pierwsze, z jednego człowieka da się zrobić 240 ołówków (w bardzo sympatycznym pudełku i w dodatku każdy ołówek sygnowany imieniem, nazwiskiem, datą urodzenia i śmierci) .
A po drugie, tutorial jak samemu pozszywać sobie własny album komiksowy. Sympatyczne.

Kanon nieoczywisty (cz. 3, adaptacje)

Nie ukrywam, że mam od zawsze problem z komiksowymi adaptacjami literatury, bo o ile filmowcy traktują bardzo często materiał wyjściowy jako...