czwartek, 23 czerwca 2011

Gwoli ścisłości 2

Ponieważ mój wczorajszy post wywołał pewne "sensacje żołądkowe" u przynajmniej jednego "czytelnika komiksów" (Pszren, wykrakałeś), to chyba warto żebym wyjaśnił "to i owo", a przy okazji przypomniał o podstawowych zasadach.
To jest MÓJ blog.
Jeżeli ktoś chce zabrać tutaj głos, to proszę bardzo, nie robię kwarantanny na komentarze.
Jeżeli ktoś chce podjąć jakąkolwiek rozmowę/dyskusję/czy nawet „pyskówkę”, to również nie ma problemu, chętnie podejmę rękawicę, ale pod jednym warunkiem, PRZEDSTAW SIĘ, tak jakbyś to zrobił w codziennym życiu, wystarczy nick, pod którym jesteś znany w sieci.
Ja nie ukrywam swojej tożsamości, więc jeśli ktoś pragnie nazywać mnie tchórzem, to również nie ma problemu, nie obrażam się, ale proponuję stosować takie epitety, wspinając się przynajmniej na ten sam poziom „tchórzostwa”.
Na tym blogu, w komentarzach, często toczą się różne rozmowy, niektórych ponoszą emocje, inni mają problemy z klarownym przekazywaniem swoich myśli (tak, ja również) itd. itp., ale, nawet jeżeli czasami któraś ze stron dyskusji przegina, to dialog wciąż ma jakiś sens, bo uważam, że mimo różnych poglądów, różnego postrzegania i interpretowania rzeczywistości, rozmówcy mogą wypracować jakiś consensus, albo przynajmniej zweryfikować lub umocnić się w swoich poglądach.
Jeżeli jednak uważasz, że tworzenie fikcyjnego konta i anonimowe bluzganie za jego pomocą jest twoim sposobem na prowadzenie konwersacji, to niestety, nie jest mi przykro, nie pogadamy sobie, po prostu żegnam cię czule.
Acha, KAŻDY, kto podczytuje tego bloga w miarę regularnie (albo zna mnie z innych miejsc/sytuacji), wie, że nie jestem zafiksowany na punkcie robionych przeze mnie komiksów, więc bardzo proszę wszystkich „szanownych anonimów”, nie wspinajcie się na wyżyny elokwencji, wspominając o moich nieudolnych bazgrołach, bo doskonale wiem, że są kiepskie i szkoda mojego i waszego czasu, na przypominanie mi o tym fakcie.
To smutne, że w tak wąskim i specyficznym środowisku jak „komiksowo”, wciąż mamy zgraję betonowych palantów, którzy zachowują się jak niedorozwinięte dzieci neostrady.

środa, 22 czerwca 2011

Bilans strat


Czytałem ostatnio chłopakom „Trzynaste piórko Eufemii” i tak się zastanawiałem, że jak to tak, że Rosiński, Papcio Chmiel, Polch i Christa itd., a ja siedzę i czytam swoim dzieciakom komiks Wojtyszki i Dłużniewskiej, który w prostej linii wywodzi się od „Poematu w obrazkach” Dino Buzzatiego?
A potem trafiłem na sieciowego pseudomema „wynalazki Turu”, których nikt nie czyta i nie będzie chciał czytać, bo u nas nie ma takiej tradycji i „Thorgal” i te sprawy.
I znowu się zastanowiłem, tym razem trochę poważniej, podszedłem do półki i zacząłem sprawdzać ten „brak tradycji”.
I jakieś popieprzone to wszystko, bo mając świadomość źródeł inspiracji takich twórców jak w/w Rosiński, Polch czy Christa, polscy pasjonaci komiksów, z uśmiechem na ustach, wywalają poza nawias percepcji np. Waldemara Andrzejewskiego („Wehikuł czasu”, „Wojna światów”, „Tam, gdzie słońce zachodzi na seledynowo”), bo „zapatrzył się na Druilletta”?

A co w tym (do cholery) złego?
Że niby można się zapatrzeć na Moebiusa, Gillona czy Uderzo, ale na Druilletta to już zbrodnia i trzeba jak najszybciej wymazać z pamięci?
A taki Bogusław Pawłowski? Ja rozumiem, że opublikował tylko trzy komiksy („Maślak Śmierdzirobótka”, „Skrzydła” i „Ogień na sawannie”), ale żeby zaraz robić z tego zapomnianą „awangardową” ciekawostkę?
Przecież to są świetne komiksy (przynajmniej dwa pierwsze) i to opublikowane nie gdzie indziej, jak w najlepszych numerach „Relaxu”!
Czy „W służbie galaktycznej” w wersji Janusza Stannego jest gorsze od tego, co zrobił w tej serii Grzegorz Rosiński? A może po prostu inne?
Czy „Przygody Kwapiszona” Butenki, „C.j.t.s.d” Dudzińskich czy wspomniane na początku „Trzynaste piórko…” Wojtyszki i Dłużniewskiej to (kultowe w pewnych kręgach) „książeczki dla dzieci”? A może jednak rasowe i awangardowe (jak na tamte czasy) komiksy?



Mamy tradycję „dziwnych komiksów” i mamy ludzi, którzy próbują tę tradycję kontynuować (vide np. „Maszin”), ale, niestety, nie mamy czytelników, którzy byliby w stanie pojąć, że to co „inne”, „dla dzieci”, „nie realistyczne” to też dobre komiksy.

środa, 8 czerwca 2011

Strasbulles 2011


Odbywający się w dniach 4-5 czerwca, w Strasburgu festiwal komiksowy "Strasbulles 2011" dla naszej "reprezentacji" zaczął się dwa dni wcześniej,
dwie ekipy (Uć/Wawa i Rzeszów/Gliwice), mozolnie przebijały się przez polskie bezdroża i niemieckie przewężenia na autobanach, wioząc na pokładach wystawy,
albumy komiksowe (z przewagą tych bez słów) i gromadę "komiksowych szaleńców". Wjazd do Strasburga i pierwszy szok, dostajemy dwa świeżutko wyremontowane mieszkania
z obłędnym widokiem na dachy starówki (reszta ląduje dzień później w równie niezłych warunkach w nowej części miasta). Zostawiamy bagaże i przemierzając Strasburg wieczorową porą, trafiamy na zamkniętą imprezę organizatorów festiwalu, na której gwiazdą wieczoru jest Regis Loisel.
Dalej mogło być już tylko jeszcze lepiej.
I było.

3 czerwca, tzw. "dzień profesjonalistów", organizatorzy festiwalu rozstawiają namioty, a rysownicy lądują przy stołach, dostają stos papieru, wybraną planszę (w tym przypadku z "Piotrusia Pana") i rysują ciąg dalszy.
Sześć godzin czasu, Loisel nadzorujący całość zabawy, wycieczki szkolne, telewizja, wywiady, etc. Przysiedliśmy mocno i mam cichą nadzieję, że nie daliśmy ciała.
Wieczorem oficjalny bankiet, w trakcie którego wieszamy polskie wystawy (fragmenty "City stories", "Grunwaldu" i specjalnie przygotowana wystawa komiksów, dzięki której Jarek Obwarzanek przetestował swoją maszynę drukarską). Kończymy, zgarniamy z bankietu nasze gwiazdy, czyli Kasprzaków i z szalonym błyskiem zmęczenia w oczach, pochłaniamy nocne życie Srasburga.


4 czerwca, na stolikach lądują komiksy (prawie cała krajowa "niema" produkcja (zabrakło chyba tylko "Samolotu"), antologie wszelakie i katalogi MFK, "Jeże Jerzego", albumy Christy, Skutnika, nowy komiksowy "Wiedźmin" itd. itp.), jest specjalny stolik z "komiksową czytelnią", stos darmowych ulotek (w tym moje darmowe kartki pocztowe). Francuzi lękliwie spoglądają z zewnątrz, więc wyłazimy trochę z namiotu, zapraszamy, zagadujemy, wciskamy darmowe ulotki, kiedy się da (bariera językowa) nawiązujemy dialog wciskając do ręki komiksy lub przynajmniej zachęcając do obejrzenia wystaw. Ciężko, mozolnie, zupełnie inaczej niż u nas.
Przypomnę, że to debiut polskiego stoiska na komiksowym festiwalu we Francji i od zera uczymy się tamtejszych zasad i reguł handlu. Sprawdza sie kilka kilka patentów: możliwość zdobycia na miejscu autografów działa jak magnes na frankońskich czytelników, zagadujący po francusku Wojtek Birek, zdołał nawet sprzedać kilka albumów "KiK" (wiele osób pytało, dlaczego ta seria nigdy nie została wydana we Francji?), swoje robią też wystawy. Do namiotu przychodzą również zaintrygowani "poszukiwacze nowości", którzy uczestniczyli np. w mojej, krótkiej, rozmowie z Davidem B. przy jego stoliku z autografami. Projekcja "Jeża Jerzego" hipnotyzuje dzieci, dziewczynki łapią się na lep Jaszczowego "Moe" itd.itp. Wieczorem, po konsultacji z sąsiadującymi sprzedawcami, dochodzimy do wniosku, że chyba nie było tak źle jak nam się wydawało (kryzys finansowy znacząco wpłynął na sprzedaż komiksów i wszyscy handlujący boleśnie to odczuli).
Wieczorem "rejs profesjonalistów po Strasburskich kanałach", na pokładzie statku mieszamy się z tłumem (a w tłumie min. Smudja, Loisel, David B., F'murrr itd.), a następnie lądujemy na PRAWDZIWEJ GALIJSKIE UCZCIE (jest DZIK z rożna, wino, sery, bagietki, Sztybor próbuje śpiewać, ale, prawdopodobnie z powodu braku harfy, nikt go nie chce kneblować i przywiązywać do drzewa).

5 czerwca, Francuzi przeliczają ostatnie pieniądze przeznaczone na zakupy i licznie lądują na naszym stoisku (tak, mieliśmy najtańsza i niewątpliwie egzotycznie-intrygująco-atrakcyjną ofertę), kilka osób wygrzebuje ostatnie eurosy z portfeli, niektórzy pośpiesznie udają się do pobliskiego bankomatu, dajemy autografy, rozdajemy ulotki, wpisujemy się organizatorom do kolekcjonerskich zeszytów na autografy, nawiązujemy kilka ciekawych kontaktów, "Jeż Jerzy" leci na telebimie w głównej sali, niestety bez dźwięku, ale i tak robi wrażenie na niektórych tubylcach. Upadają wszystkie nasze plany wcześniejszego, dyskretnego opuszczenia imprezy, do samego końca rysujemy, "przybijamy piątki" itp. Nocna podróż do Polski to temat na odrębną opowieść.


Podsumowanie:
Daliśmy z siebie (prawie) maxa, wciąż uczymy się jak to naprawdę tam działa, ale jak na "polski debiut" mam subiektywne wrażenie, że było dobrze.
Oczywiście, zabrakło polskich hostess w strojach ludowych i z biegłą znajomością francuskiego, nie wypaliły również środki multimedialne ("Jeż Jerzy" leciał z ukrytego pod namiotem telewizora, a drugiego dnia wprawdzie na telebimie, ale bez dźwięku).
Całkowicie zawiodły polskie "czynniki oficjalne", ci, którzy mieli nam pomagać "strzelili focha" i nawet nie pokazali sie na festiwalu, ci, którzy (sami z siebie) powinni się zainteresować, że Polska jest gościem specjalnym festiwalu (było o tym we wszystkich miejscowych mediach), nie raczyli nawet zwrócić uwagi (ale może to i lepiej, bo po tym co kilka lat temu pokazali w Anguleme, to trzeba by się jeszcze za nich tłumaczyć).
Dostaliśmy za to potężne wsparcie ze strony organizatorów, praktycznie cały nasz pobyt "ogarnął" jeden, jedyny w swoim rodzaju, hiperaktywny polsko-emigracyjny wolontariusz (dzięki Bartek!), na stoisku pojawiło się również kilka osób, które wyjechały z kraju i dopiero we Francji odkryły, że istnieje coś takiego jak "kultura komiksowa".
Niestety, trafiło nam się również kilku "reprezentantów polskiej kultury", żebrzących na ulicach Strasburga, ale to już inna historia i mam nadzieję, że ich obecność nie wpłynęła na odbiór nas i naszych komiksów na samym festiwalu.
Pocieszające jest natomiast, że zaprezentowaliśmy różnorodne, dobrze zrealizowane i odmienne od francuskich komiksy, i wielu uczestników festiwalu tak właśnie zaobserwowało naszą prezentację.
End of transmission


acha, lineczki:
strona festiwalu
relacja TV z rysowania plansz
Festiwal w obiektywie Piotra Kasińskiego
Francuski punkt widzenia