Odbywający się w dniach 4-5 czerwca, w Strasburgu festiwal komiksowy "Strasbulles 2011" dla naszej "reprezentacji" zaczął się dwa dni wcześniej,
dwie ekipy (Uć/Wawa i Rzeszów/Gliwice), mozolnie przebijały się przez polskie bezdroża i niemieckie przewężenia na autobanach, wioząc na pokładach wystawy,
albumy komiksowe (z przewagą tych bez słów) i gromadę "komiksowych szaleńców". Wjazd do Strasburga i pierwszy szok, dostajemy dwa świeżutko wyremontowane mieszkania
z obłędnym widokiem na dachy starówki (reszta ląduje dzień później w równie niezłych warunkach w nowej części miasta). Zostawiamy bagaże i przemierzając Strasburg wieczorową porą, trafiamy na zamkniętą imprezę organizatorów festiwalu, na której gwiazdą wieczoru jest Regis Loisel.
Dalej mogło być już tylko jeszcze lepiej.
I było.
Sześć godzin czasu, Loisel nadzorujący całość zabawy, wycieczki szkolne, telewizja, wywiady, etc. Przysiedliśmy mocno i mam cichą nadzieję, że nie daliśmy ciała.

Wieczorem oficjalny bankiet, w trakcie którego wieszamy polskie wystawy (fragmenty "City stories", "Grunwaldu" i specjalnie przygotowana wystawa komiksów, dzięki której Jarek Obwarzanek przetestował swoją maszynę drukarską). Kończymy, zgarniamy z bankietu nasze gwiazdy, czyli Kasprzaków i z szalonym błyskiem zmęczenia w oczach, pochłaniamy nocne życie Srasburga.




Wieczorem "rejs profesjonalistów po Strasburskich kanałach", na pokładzie statku mieszamy się z tłumem (a w tłumie min. Smudja, Loisel, David B., F'murrr itd.), a następnie lądujemy na PRAWDZIWEJ GALIJSKIE UCZCIE (jest DZIK z rożna, wino, sery, bagietki, Sztybor próbuje śpiewać, ale, prawdopodobnie z powodu braku harfy, nikt go nie chce kneblować i przywiązywać do drzewa).



Podsumowanie:
Daliśmy z siebie (prawie) maxa, wciąż uczymy się jak to naprawdę tam działa, ale jak na "polski debiut" mam subiektywne wrażenie, że było dobrze.
Oczywiście, zabrakło polskich hostess w strojach ludowych i z biegłą znajomością francuskiego, nie wypaliły również środki multimedialne ("Jeż Jerzy" leciał z ukrytego pod namiotem telewizora, a drugiego dnia wprawdzie na telebimie, ale bez dźwięku).
Całkowicie zawiodły polskie "czynniki oficjalne", ci, którzy mieli nam pomagać "strzelili focha" i nawet nie pokazali sie na festiwalu, ci, którzy (sami z siebie) powinni się zainteresować, że Polska jest gościem specjalnym festiwalu (było o tym we wszystkich miejscowych mediach), nie raczyli nawet zwrócić uwagi (ale może to i lepiej, bo po tym co kilka lat temu pokazali w Anguleme, to trzeba by się jeszcze za nich tłumaczyć).
Dostaliśmy za to potężne wsparcie ze strony organizatorów, praktycznie cały nasz pobyt "ogarnął" jeden, jedyny w swoim rodzaju, hiperaktywny polsko-emigracyjny wolontariusz (dzięki Bartek!), na stoisku pojawiło się również kilka osób, które wyjechały z kraju i dopiero we Francji odkryły, że istnieje coś takiego jak "kultura komiksowa".
Niestety, trafiło nam się również kilku "reprezentantów polskiej kultury", żebrzących na ulicach Strasburga, ale to już inna historia i mam nadzieję, że ich obecność nie wpłynęła na odbiór nas i naszych komiksów na samym festiwalu.
Pocieszające jest natomiast, że zaprezentowaliśmy różnorodne, dobrze zrealizowane i odmienne od francuskich komiksy, i wielu uczestników festiwalu tak właśnie zaobserwowało naszą prezentację.
End of transmission

acha, lineczki:
strona festiwalu
relacja TV z rysowania plansz
Festiwal w obiektywie Piotra Kasińskiego
Francuski punkt widzenia
3 komentarze:
O, fajnie, że wyszperałeś tę relację TV. Moja plansza załapała się na ostatnie sekundy filmu:)
Bardzo dobry tekst. Nic dodać, nic ująć.
super! bardzo interesujące informacje i obserwacje!
Dzieki Pszren, mam nadzieje, ze to sie komus na cos przyda. Rozni ludzie maja mozliwosc realizowania takich i podobnych akcji i dobrze bylo by gdyby mogli wykorzystac przynajmniej czesc tych doswiadczen.
Prześlij komentarz