wtorek, 9 lutego 2010

Co zabiła manga?


Ciekawe jak wyglądałby japoński komiks gdyby się nie zunifikował?
Ciekawe do jak głębokiej dziury wjechałby polski komiks, gdyby rysownicy poddali się presji „fanów komiksu” i masowo zaczęli robić „franko-amerykański mainstream”.
Ciekawe, czym żywiłyby się największe wydawnictwa we Francji i USA gdyby nie było Brecci, Crumba, Trondheima, Sfara itd.
Wyobraźmy sobie współczesny, mainstreamowy komiks amerykański bez Millera, Mignoli, McKeevera czy Paula Pope’a.
Rynek wydawniczy w USA bez Fantagraphics i Top Shelf?
Festiwal w Angouleme bez „namiotu alternatywy” i z wystawami ograniczonymi do komiksów „Leonard” i „Niebieskie mundury”, (bo przecież ani Fremok ani Blutch nijak się nie dają wcisnąć nawet w bardzo szeroko pojmowany „mainstream”)?

Podobno komiks polski jest gorszy, bo jest zbyt nieobliczalny, (czyli, że niby nigdy nie wiadomo, co się kupi), podobno komiks zachodni jest lepszy, bo czytelnik dostaje do ręki tylko najlepsze, sprawdzone komiksy z najwyższej półki.
Podobno krajowy komiks ma szansę jedynie, kiedy naśladuje frankoński albo amerykański mainstream, ale to i tak nic nie zmienia, bo zawsze jest tylko nieudolną kopią i nie ma szans dorównać zachodnim „mistrzom”.
Podobno Polacy nie potrafią pisać dobrych fabuł i w dodatku nikt tu nie potrafi rysować, ale za to na zachodzie to ho ho, tam każdy ma taki warsztat graficzny, że Picasso to mógłby jedynie ołówki za nimi nosić, a fabuły to robią tylko takie, że Sienkiewicz już sobie dawno żyły w grobie wypruł ze wstydu.

Bez różnorodności komiks umiera, unifikacja prowadzi do wyjałowienia, podobnie jak ślepe zapatrzenie się „na zachód”. Doskonale rozumieją to twórcy, wydawcy i czytelnicy w wielu krajach, w których istnieje „kultura komiksowa”, (chociaż, patrząc na Japonię mam pewne obawy, że nie do końca).

Komiks polski jest gorszy, bo nikt go nie wydaje za granicą?
Ale czy polski komiks ma szanse za granicą?
Tak, lecz niestety, przynajmniej w chwili obecnej, jedynie w szczątkowej formie.
Rysownicy i scenarzyści (ci drudzy w znacznie mniejszym stopniu), jako „wyrobnicy” w dużych wydawnictwach, pojedyncze albumy, jako „sezonowe, egzotyczne ciekawostki” itp.
Przy rynkach komiksowych, na których rocznie pojawia się kilka tysięcy tytułów, nasza, krajowa produkcja to kropla w oceanie.
Na zorganizowanie z odpowiednim rozmachem przekrojowych, reprezentatywnych wystaw i wsparcie ich stoiskami z krajowymi komiksami (przetłumaczonymi), które można by prezentować skutecznie na festiwalach, brakuje kasy i sztabu ludzi, którzy poświeciliby swój czas na przygotowywanie ekspozycji i obsługę stoisk.
A bez odpowiedniego rozmachu i suportu w postaci komiksowych albumów, nie ma szansy na zakodowanie się w świadomości wydawców i czytelników odwiedzających festiwale.
Jasne, że krajowi twórcy będą publikować na zachodzie, (co zresztą już się dzieje), należy jednak mieć świadomość, że najczęściej jest to robota od podstaw, wieloletnie wyrabianie sobie nazwiska i przyzwyczajanie do siebie czytelnika, a nie błyskotliwy debiut, po którym wszyscy padają na kolana.
O takim światowym statusie, jakim cieszą się wszelkiej maści komiksy amerykańskie czy francuskie (postrzegane całościowo a nie, jako pojedyncze serie czy albumy), możemy oczywiście zapomnieć, ale na coś takiego jak „polska szkoła komiksu”, zróżnicowana stylistycznie i tematycznie, oryginalna i wprowadzająca powiew świeżości w komiksie światowym, wciąż istnieje szansa.
Wbrew ograniczonym możliwościom wiarygodnego pokazania tego poza granicami naszego kraju i mimo chorobliwej wręcz nienawiści ze strony „nieprzebranych tłumów czytelników”.
Wielki szacun dla wszystkich, którym chce się sięgnąć po komiks bez patrzenia na kraj, w którym powstał.

A w nawiązaniu do tytułu wpisu:
Maki Sasaki w 1967
Maki Sasaki w 1970
Shinobu Kaze w 1980

6 komentarzy:

Vincent van Blogh pisze...

"Komiks polski jest gorszy, bo nikt go nie wydaje za granicą?
Ale czy polski komiks ma szanse za granicą?"

Boję się, że polski komiks nie daje sam sobie szans w Polsce. Im bardziej się twórcy starają, tym większe napotykają przeciwności.
Świetny tekst. Świetne pytania, które powinny zachęcić do dyskusji.

"Wielki szacun dla wszystkich, którym chce się sięgnąć po komiks bez patrzenia na kraj, w którym powstał."

Podpisuje się pod tym tekstem.

turucorp pisze...

Z tymi szansami w Polsce to jest dziwnie, bo z jednej strony mamy "alergie na polskie komiksy" sporej grupy czytelnikow, wciaz powszechny syndrom "komiksy sa dla dzieci" i dziennikarskie "czy komiks jest sztuka", ale z drugiej strony, coraz bardziej widoczne sa efekty wieloletniej pracy u podstaw (pokolenie wychowane na "semikach" czy nawet juz na "komiksach sieciowych" generuje czytelnikow komiksow i niektorzy z tych czytelnikow zglebiaja coraz bardziej temat), Timof, KG czy Taurus (a nawet Egmont), ida coraz mocniej w komiksy bardziej ambitne i jakos to sie sprzedaje (lepiej niz kilka lat temu) i czesc z tych "ambitnych" to nasze, krajowe, a rownoczesnie coraz bardziej ludziom zamykaja sie geby kiedy uswiadamiaja sobie, ze istnieje nasz, krajowy "mainstream", i ze to np. Wilq, OS, komiksy KRLa czy Jez Jerzy. Komiksy wszelkiej masci powstaja i beda powstawac, wbrew mikroskopijnemu zapotrzebowaniu, a wlasciwie jakby na przekor.

Dembol pisze...

Gwarantuję, że manga dalej żyje i ma się dobrze tylko poza granice Japonii stosunkowo rzadko docierają pozycje spoza mainstreamu.

turucorp pisze...

Dembol, umowmy sie, ze jakies tam pojecie o japonskim komiksie mam (szczatkowe ale jednak) i ze zdaje sobie sprawe z istnienia takich rzeczy jak chociazby "New Engineering" czy "Travel" Yuichi Yokoyamy, ba nawet wygrzebalem sobie takiego goscia jak Misaki Kawai, tyle, ze jak slusznie zauwazyles, to jest margines.
A ja tutaj sie zastanawiam, co bybylo gdyby nie wygrala zunifikowana masowka i probuje odpowiedziec sobie na pytanie, czy u nas nie moznaby zachowac wiekszej roznorodnosci (wbrew modom, trendom i presji czytelnikow)

Pharas pisze...

Mam wrażenie, że ta tematyka była już wałkowana w środowisku nie raz p.t. mainstream c/a underground. :)

Myślę, że różnorodność, w pozytywnym sensie, oznacza istnienie w tym samym czasie zarówno komiksów tych zunifikowanych, pisanych i rysowanych według schematu, jak i prac autorskich, oryginalnych, niekonwencjonalnych itd. Niektórzy, jak sądzę, narzekają na brak czy też niedostateczną ilość tych pierwszych a nie na istnienie tych drugich. :) Różnorodność oznacza możliwość wyboru.

Przy tym, jak trafnie zauważyłeś, w Polsce jest o tyle ciekawa sytuacja, że mainstream to np. Wilq i Jeż Jerzy. Pytanie, czy nie wynika to z ograniczonego popytu na komiksy w ogóle?

A tak ogólnie to dobry tekst. Ja się z nim zgadzam chyba w całości ale też tym postem próbuję przyjąć trochę postawę adwokata diabła i spojrzeć też na kwestię z drugiej strony.

turucorp pisze...

o rany, ja sobie bardzo cenie prace np. M.Mazura czy Kirkora, obserwuje co robia "mainstreamowcy" w Kielcach, Poznaniu czy Krakowie i ciesze sie, ze wciaz rysuja (chociaz wielu z nich juz dawno wyszlo z zalozenia, ze jedyna szansa jest uderzanie "na zachod" i pewnie maja racje).
Roznorodnosc to miejsce dla kazdego typu komiksu i mam wrazenie, ze tworcy czy nawet wydawcy juz to zrozumieli, ale problem tkwi w mentalnosci wielu czytelnikow (szczegolnie tych "potencjalnych").
To sie zmienia, ale bardzo wolno i w dodatku naklada sie na podzial "nasz kontra zagraniczny" co w polaczeniu z mikroskopijnym rynkiem powoduje, ze wielu tworcow rzuca robienie komiksow, albo nastawia sie na robienie kariery na zachodzie, olewajac syzyfowa robote w naszym pieknym kraju.

Kanon nieoczywisty (cz. 3, adaptacje)

Nie ukrywam, że mam od zawsze problem z komiksowymi adaptacjami literatury, bo o ile filmowcy traktują bardzo często materiał wyjściowy jako...