środa, 18 czerwca 2008

"Wydrapywacze"


Istnieje podobno coś takiego jak „casus Otta”, czyli świetny twórca, który ze względu na presję czytelników grzęźnie w wypracowanym stylu.
Nie wiem czy to dobrze czy źle, bo przecież to co robi Ott jest bliskie doskonałości, a z drugiej strony twórcy, którzy zdecydowali się na odejście od swojej dotychczasowej techniki rysunku, bardzo często cofają się w rozwoju, lub po prostu tracą swoich dotychczasowych odbiorców (nie zawsze znajdując innych).
Nie jest to oczywiście żadną regułą, niemniej kiedy patrzę np. na cykl „Le Monde D’Arkadi” Cazy i porównuję go z jego wcześniejszymi pracami , albo kiedy zestawiam „Arq” Andreasa z jego flagowym „Rorkiem”, „Cromwellem Stonem” czy „Revelations posthumes” to jakoś tak smutno mi się robi.
Jasne, że równie wielu twórców wychodzi z takiej zmiany obronną ręką, bo przecież chociażby Girard jako Moebius, Rosiński, Gimenez czy nawet Gawronkiewicz, drastycznie ale z powodzeniem zmienili swój styl, chociaż wydawało się, że to co robią jest tak perfekcyjne, że pójście w innym kierunku może zakończyć się jedynie porażką.

Właściwie to miałem pisać dzisiaj o czymś innym, ale po prostu tak mnie naszło, bo od jakiegoś czasu uważnie przyglądam się innemu „specjaliście od wydrapywania”.
Frank Meynet, znany szerzej jako Hippolyte , to francuski twórca, który zaistniał jako autor albumów „Monsieur Paul” i „Dracula” wykonanych właśnie za pomocą scratchboardu, wzbogacając jednak tę pracochłonną technikę o kolor.
Niesamowite dla mnie jest to, że Hippolyte, zamiast eksplorować dalej ten styl, rzuca się na kompletnie inne techniki, eksperymentuje z „rysunkiem natychmiastowym” (nie ukrywając swojej fascynacji Nicolasem De Crecy i twórczością Gipiego), ołówek, akwarela i gwasz okazują się narzędziami, którymi posługuje się równie sprawnie jak wydrapywaniem tuszu i komputerowym nakładaniem koloru, świetnie radzi sobie również z pastelami i akrylem.
I patrząc na jego prace zastanawiam się jak bardzo różnymi drogami poruszają się twórcy komiksów, i że jeden, charakterystyczny styl dla wielu z nich pozostaje wyznacznikiem całej twórczości, dla innych uciążliwym kamieniem u nogi, dla jeszcze innych zmiana stylu to prawie samobójstwo, a są tacy, dla których właśnie ciągła zmienność stylu i technik wydaje się być „cechą charakterystyczną” .

3 komentarze:

pjp pisze...

To Turu wróć do "Exita" i tam jest wywiad z Ottem, w którym on o swoim stylu właśnie mówi i trochę o tym "cofaniu się" o ile dobrze pamiętam. Niestety nie mam teraz przy sobie egzemplarza żeby zweryfikować.

Maciej pisze...

A mi się wydaje, że ten tekst właśnie nawiązuje też do "Exita", więc po co wracać?

turucorp pisze...

nawiazuje, nawiazuje, ale ja naprawde nie wiem co jest dobre a co zle, bo np. Toppi od bardzo wielu lat rysuje wlasciwie tak samo i nie ma wiekszego sensu zeby cokolwiek zmienial.
"regres" to troche za mocne slowo, a bardziej adekwatne "stagnacja" i "stabilizacja", chociaz znacza troche co innego, to sa niebezpiecznie blisko siebie.

Kanon nieoczywisty (cz. 3, adaptacje)

Nie ukrywam, że mam od zawsze problem z komiksowymi adaptacjami literatury, bo o ile filmowcy traktują bardzo często materiał wyjściowy jako...