sobota, 21 czerwca 2008

"Muzealne atrakcje"

Kiedy muzeum wydaje komiksy związane ze swoją ekspozycją (vide Muzeum Powstania Warszawskiego), to nawet wrogowie postrzegania komiksu jako poważnego medium, nie mają z tym problemu.
Czy sensowne jest jednak wydawanie komiksów o samym muzeum?
Patrząc na działania, podjęte jakiś czas temu przez paryski Luwr, to jak najbardziej.
Dwa albumy; „Glacial Period” Nicolasa De Crecy i „The Museum Vaults” M.A. Mathieu , to żywe świadectwo tego, że znacznie więcej sensu ma tworzenie autonomicznych, autorskich albumów niż spolegliwe podporządkowywanie się „mainstreamowej wizji na sukces” narzuconej przez wydawcę (bo tak właśnie postrzegam „polskich olimpijczyków” z Angory).
De Crecy i Mathieu po prostu robią swoje i po swojemu, grają zarówno samymi budynkami Luwru (zapomniana świątynia tajemniczego kultu, biurokratyczny labirynt żywcem przeniesiony z powieści Kafki) jak i eksponatami muzeum (jeśli już jakiś się pojawia to ma związek z fabułą i proszę nie liczyć „występy gwiazd” w stylu Mony Lisy czy Nike z Samotraki).
Zapewne w polskiej wersji mielibyśmy ładnie odwzorowany Zamek Królewski albo wyeksponowaną na każdej stronie Damę z Łasiczką, na szczęście Francuzi mają więcej zdrowego rozsądku i zamiast rysowanej ulotki reklamowej mamy dwa pełnokrwiste albumy komiksowe.
I to wszystko ma sens, bo po co pokazywać eksponaty, o których wszyscy wiedzą?
I po jaką cholerę przerysowywać ze zdjęcia budynek, który każdy może sobie zobaczyć chociażby w sieci?
Czy nie lepiej zrobić po prostu dobry komiks, z sensowną fabułą, a przy okazji owinąć muzeum nicią tajemnicy i fantazji?
W czasach, w których Luwr przypomina centrum handlowe, przez które przelewają się tysiące turystów, taka odrobina nadrealności wydaje się być znacznie ciekawsza niż bezpłciowe odtwarzanie rzeczywistości .
Zaskoczyło mnie trochę zróżnicowanie formatu obu albumów, ale cóż, widocznie autorzy dostali wolną rękę nawet w tej kwestii.

* * *
No i Taurus mnie zaskoczył, bo tak jak zazwyczaj wydawcy albo dublują rzeczy z mojej półki, albo minimalnie uprzedzają moje zakupy z importu, tak tym razem praktycznie wszystkie zapowiedzi miałem w zakładkach „przyglądam się uważnie i jak trafi się okazja to kupię”.
Jason i Fernandes to wiadomo, ale "Kobieta mego życia, kobieta moich snów", „Czerwony Kapturek”, „Le Cadavre et le Sofa”, "Les funerailles de Luce", to komiksy, których nie spodziewałem się u nas w najbliższym czasie i kiedy dopisuję je do zapowiedzi Timofa, KG, Postu i Ladidy, to zupełnie poważnie zaczynam zastanawiać się nad samodzielnym wyszukiwaniem i sprowadzaniem czegokolwiek z mojego „kółka zainteresowań”.

* * *
„Bajabongo” żyje już (niestety) własnym życiem (jakoś pogodzę się z tym, że nie mogę go oddawać do adopcji za pomocą systemu kartek albo zapisów).
Tym razem drastyczna i zasygnalizowana chwilę temu na forum Gildii, „recenzja” w „Rzeczpospolitej”, oraz „Życie Warszawy” i „Newsweek”.

2 komentarze:

Stelka pisze...

Turu, wytłumacz mi, po co pisze się takie recenzje jak ta z "Rzepy"?

Stelka pisze...

PS. "stelka" dawniej "E. Wedel", znaczy "Nocta" ;)
Boś się przeniósł...

Kanon nieoczywisty (cz. 3, adaptacje)

Nie ukrywam, że mam od zawsze problem z komiksowymi adaptacjami literatury, bo o ile filmowcy traktują bardzo często materiał wyjściowy jako...