poniedziałek, 25 czerwca 2012

ufff...

Skończyłem, wyszło jak wyszło, teraz wszystko w rękach WYDAWNICTWA (a po drodze poczty polskiej). Ostatni etap, oraz bonus w postaci całego albumu na ekranie, poniżej:


A teraz wracamy do klasycznego blogowania. Dzisiaj dwa "mózgotrzepy", czyli moja ulubiona kategoria komiksów. Po pierwsze, belgijska produkcja panów Kamagurki i Herr Seele, czyli "Cowboy Henk", blog tutaj, a pół tony plansz można sobie, bez problemu "wygooglać":

Po drugie, genialny "The Bus" Paula Kirchnera, komiks publikowany w "Heavy Metalu", jedyne anglojęzyczne wydanie z 1987 roku osiąga na amazonie jakieś abstrakcyjne ceny (cena okładkowa 5,95$, cena giełdowa nawet 200$), w kraju nad Sekwaną właśnie wyszła francuskojęzyczna edycja. Paul Kirchner ma na swoim koncie jeszcze jeden "pojechany" projekt komiksowy pt. "Dope Rider", pracował min. przy "He-Manie", "G.I. Joe" i "Power Rangers", zajmuje się również pisaniem książek o nożach i szeroko rozumianym knifemakingu i technikach walki nożami.



EDYTA: właśnie dostałem info korygujące mój wpis (thanks for Victor Soma), PictureBox wydało reedycję "The Bus" w porażającym nakładzie 150 egz.

wtorek, 3 kwietnia 2012

Komiks w przestrzeni galeryjnej

Rykoszet z sobotniego spotkania "morderców komiksu" w katowickim Rondzie Sztuki, o którym zdążył już wspomnieć Sebastian Frąckiewicz .
Jednym z postulatów Sebastiana była potrzeba wprowadzenia komiksu na salony (czyli do galerii), w celu zdobycia i ugruntowania jego artystycznej pozycji w świadomości "stałych bywalców, krytyków etc.". Pytanie "po co?" nadal pozostaje bez odpowiedzi (argument, że zamiast w jednym gettcie, będziemy we dwóch, czyli podwoimy ilość odbiorców, jakoś do mnie (do Szymona Holcmana i Daniela Gizickiego zdaje się, że również) nie przemawia). Rozmawialiśmy dużo i dosyć ostro (na spotkaniu w Rondzie), a później zdecydowanie spokojniej, w tradycyjnie swobodnej i sympatycznej atmosferze (jedzenie pizzy i picie piwa w barze "Kato" zdecydowanie wpływa na sposób wymiany poglądów).
Ale wróćmy do sedna, nadal obstaję przy poglądzie, że komiks nie potrzebuje galerii sztuki, za to galerie mogłyby sporo zyskać, eksponując (w odpowiedni sposób) "komiksiki" w swojej przestrzeni wystawienniczej.
Ale, jak słusznie zauważył Sebastian, trzeba zapomnieć o "śliczniusim" wieszaniu plansz komiksowych na ścianach w stylu obecnego łódzkiego MFK. Jak ktoś chce czytać komiksy, to je sobie kupuje i oddaje się tej intymnej czynności w domowym zaciszu. W galeriach komiksy mają uwodzić, porażać, zachęcać, a nawet przytłaczać, dominując nad odbiorcą, bo tylko tak można go zmusić do sięgniecia po "produkt właściwy". Tyle tylko, że MUSI istnieć komiks, po który można fizycznie poźniej sięgnąć, a zabawa w robienie komiksu tylko do przestrzeni galeryjnej, jest rowiązaniem ułomnym, skierowanym jedynie do ulotnej pamięci i percepcji ludzi odwiedzających daną wystawę, co przeczy samej koncepcji "wychodzenia z getta". "Wystawa komiksowa", która nie ma zaplecza w postaci albumów komiksych staje się kolejną "jakąś wystawą", z której nic, lub niewiele, wynika.
A jak radzą sobie z komiksami w krajach "wyższej cywilizacji"?
Mam wrażenie, że obecność komiksów w zachodnich galeriach stała się, już jakiś czas temu, czymś zupełnie naturalnym, ba, niektóre znane i uznane mają stałe ekspozycje komiksowe, lub wręcz wyspecjalizowały się w "wystawach komiksowych".
Wbrew pozorom bardzo ciekawym rozwiązaniem jest to co robi paryska "Galeria Martel", klasyczny, elegancki i "grzeczny" układ ekspozycji, pozwala dostrzec różnice między twórcami, a jednocześnie koncentruje się na samym obrazie, specyficznej kresce każdego z nich (albumy komiksowe każdego z autorów, są wyłożone centralnie w czasie trwania wystawy, można je kupić na miejscu i kontynuować "zabawę" w domu).

Ott:


Mattotti:


Crumb:


Bluch:


Czymś diametralnie innym są autorskie wystawy, organizowane przez Stephanea Blanquet .
Blanquet tworzy ekspozycje "totalne", wprowadza odbiorców fizycznie w kadry swoich komiksów, próbując czasami wręcz narzucić zwiedzającym sposób i kolejność odbioru/czytania swoich prac (np. jadąc w wózku szynowym, jesteśmy skazani na takie poruszanie się po wystawie, jakie zaplanował nam autor).









Nie da się ukryć, że tego typu ekspozycje wymagają sporego nakładu pracy, środków i odpowiedniej przestrzeni, dlatego warto spojrzeć chociażby na takie pomysły jak (znacznie łatwiejsza do zrealizowania) aranżacja wystawy prac Marko Turunena , która pozwala na zabawy w stylu eksperymentów OuBaPo:





Oczywiście to tylko kilka przykładów, które jedynie sugerują sposób myślenia przy "wystawach komiksowych", warto jednak zauważyć jak bardzo różnią się one od "klasycznego" wieszania plansz na ścianach, a jednocześnie jak bardzo wprowadzają w świat/rzeczywistość samych komiksów, nie stanowiąc wystaw samych w sobie, ale będąc naturalnymi rozwinięciami tego co można zobaczyć w albumach.

wtorek, 28 lutego 2012

"Niczego sobie"

Gliwice, 26-02-2012, "Willa Caro".

"Wystawa" przy przystanku autobusowym:






Czasami boję się nawet myśleć, o czym rozmawiają scenarzyści komiksowi, kiedy wydaje im się, że nikt nie widzi:



"Willa Caro" jest jedną z perełek gliwickiej architektury, ale tym razem pozwolę sobie pominąć zdjęcia samego budynku i przejdę dalej, czyli do wejścia:



Przedpremierowo składamy pierwsze autografy (na zdj. Mikołaj Ratka):



Dyrektor Muzeum w Gliwicach, Grzegorz Krawczyk, oficjalnie rozpoczyna spotkanie, a za chwilę Jakub Syty przystąpi do swojej prezentacji, wprowadzającej gości w świat komiksu:



A gości (jak na gliwickie realia) przyszło sporo:



Następnie garstka spośród winnych całego zamieszania, zasiada przed publicznością:



...by, mniej lub więcej zrozumiale, wytłumaczyć się, co właściwie zrobiliśmy i dlaczego:




Sesja autografów, jakieś wywiady i pierwsze opinie "na gorąco" (mało z tego załapałem, bo biegłem do mojej ulubionej pracy w fabryce), fotek też nie dałem rady więcej zrobić, przepraszam :(
Na pocieszenie, rzut oka na zawartość:










Jeśli ktoś się jeszcze zastanawiał, czy warto, to mam nadzieję, że chociaż trochę zachęciłem.
Antologia do dostania w księgarniach komiksowych na terenie kraju, a w Gliwicach, w wybranych księgarniach i w samym muzeum.
Miłej lektury.
Pozdrowienia z Gliwic:

sobota, 11 lutego 2012

Ale o co chodzi? (cz. 3)


Lawirując, w poszukiwaniu czegoś nowego, między „książką artystyczną” i komiksem (we wszystkich jego formach) dosyć łatwo można trafić na „Kodeksy”.
W swojej pierwotnej formie „Kodeks” to ręcznie wykonana (i wypełniona) książka, dwustronnie zapisane karty papirusu, pergaminu lub papieru, złączone na jednym z brzegów w całość. Z czasem takie manuskrypty zyskały dodatkowy walor w postaci „iluminacji”, (czyli zdobień) i ilustracji. Aż do wynalezienia druku, forma „kodeksów” rozwijała się, tworząc coraz bardziej rozbudowane kompozycje tekstowo-graficzne, w których tekst, liternicze inicjały, zdobienia marginesów i ilustracje, tworzyły wspólny i jednolity (przenikający/uzupełniający się) przekaz.
A potem przyszedł Gutenberg ze swoją „techniką poligraficzną” i cała zabawa w manuskrypty uległa atrofii.
Swego czasu wspominałem o „Kodeksie Drezdeńskim”, który jest typowym przykładem kodeksu prekolumbijskiego (Wikipedia podpowiada określenie „Kodeksy Mezoameryki”).
Złożone w harmonijkę, dwustronnie wypełnione tekstowo-graficzną treścią manuskrypty, opisujące historię, zwyczaje, wierzenia, życie codzienne, kalendarium etc. docenili konkwistadorzy, zabierając je ze świątyń i wręczając dostojnikom kościelnym i państwowym na „starym kontynencie”, jako „Skarby Nowego Świata” (to dosyć logiczne, przetopić się tego nie dało, a wartość rynkowa, poza „rynkiem kolekcjonersko-koneserskim”, też raczej niewielka).
„Skarby” lądują w przepastnych bibliotekach klasztorów i prywatnych zbiorach i właściwie słuch o nich ginie.



Pierwszy „coming out” następuje pod koniec XIX wieku, pasjonaci wygrzebują zapomniane i podniszczone „Kodeksy” i publikują je (najczęściej w szczątkowej, fragmentarycznej formie).
Zaczyna się zabawa w „deszyfrowanie” treści i moda na „przepowiednie Majów”.
Druga fala reedycji to lata 60-te XX wieku, „Kodeksy”, starannie zebrane i obfotografowane, poddane analizom i częściowej transkrypcji, lądują na księgarskich półkach, trafiając idealnie w epicentrum rozkwitającej „flower power ery Wodnika”.

Równolegle, gdzieś na granicy percepcji współczesnych odbiorców kultury masowej, pojawiają się co jakiś czas, „tajemnicze” manuskrypty, niekiedy fikcyjne (jak chociażby „Necronomicon”), kiedy indziej autentyczne („Kodeks Rohonc”) lub o nieustalonym źródle pochodzenia i autorstwa („Manuskrypt Voynicha”), napisane w zapomnianych, zaszyfrowanych lub fikcyjnych językach, z ilustracjami na pograniczu abstrakcji i surrealizmu.

To na styku inspiracji „tajemniczymi manuskryptami” i „Kodeksami Mezoameryki” rodzą się współczesne „Kodeksy”.
Pierwszy z nich to kolejny kamyk do ogródka z komiksami abstrakcyjnymi, czyli „Codex Optica” Paula Dwyera. 158 stron rozkadrowanej, abstrakcyjnej zabawy graficznej, którą Dwyer publikował regularnie na swoim blogu, by ostatecznie wydać w formie „kodeksu”.




Drugi „kodeks” to zdecydowanie „grubszy kaliber”, ale jednocześnie znacznie trudniejszy orzech do zgryzienia.
„Codex Seraphinianus” Luigiego Serafiniego to 370 stronicowe tomiszcze (pierwotnie wydane w dwóch tomach, w 1981 roku), które stanowi kompleksowe opisanie pewnego świata/rzeczywistości.
Pozornie wszystko gra, mamy książkę („książkę graficzną”), z tekstem, ilustracjami i komiksami, które wzajemnie się przenikają i uzupełniają. Są rozdziały opisujące zwierzęta, geografię, zwyczaje i ubiory mieszkańców etc., ale właśnie, nie tyle opisujące, co stwarzające pozory takiego opisu, bo całość „tekstu” to wymyślony przez autora, fikcyjny język, spisany równie fikcyjnym alfabetem, zaś większość ilustracji oscyluje na pograniczu abstrakcji.
Jedynym czytelnym i zrozumiałym (oczywiście pozornie) dla nas, elementem tej książki jest „SEKWENCYJNOŚĆ”.
Tylko w momentach, w których „seria statycznych obrazków ułożonych obok siebie, stanowi spójną całość narracyjną i znaczeniową” mamy szansę pojąć cokolwiek z „Codex Seraphinianus”.
I chociaż dzieło Serafiniego nawiązuje bezpośrednio do „Kodeksu Voynicha” i „Kodeksów Mezoamerykańskich”, w których możemy co najwyżej doszukiwać się elementów parakomiksowych, to samo w sobie spełnia wszystkie warunki definiujące komiks.
Tyle, że nigdy i nigdzie nie spotkałem nawet z próbą nazwania go komiksem?
Hm…

niedziela, 22 stycznia 2012

Ale o co chodzi? (cz. 2)

Jeżeli w przypadku „komiksów abstrakcyjnych” można się jeszcze zastanawiać, czy są one w ogóle komiksami (bo warunki formalne są przecież spełnione jedynie pozornie, podział na kadry wcale nie musi być rzeczywistym podziałem na kadry, a jedynie elementem jednego kadru/obrazu, „sekwencyjność” wcale nie musi być „sekwencyjnością” i zależy jedynie od dobrej woli czytelnika (i jego interpretacji) etc.), to komiksy spod znaku OuBaPo i ich pochodne, nadgryzają temat konstrukcji i „fabularności” komiksu z zupełnie innej strony.

OuBaPo (OUvroir de BAnde dessinée POtentielle), czyli Warsztaty/Pracownia Komiksu Potencjalnego, to „zabawa” w poszukiwanie i przekraczanie granic medium komiksowego zainicjowana przez wydawnictwo L'Association w 1992 roku.
Pozornie wszystko gra, twórcy rysują obrazki w kadrach, obrazki są czytelne („nieabstrakcyjne”), kadry ułożone obok siebie (czyli mamy „sekwencyjność”, ba nawet „fabularność”), tyle tylko, że pojawia się problem (świadomy i celowy) z fabułą i jej sensem.

Czytelnik dostaje wprawdzie do ręki gotowe kadry (w zależności od projektu, albo już wkomponowane w planszę, albo w postaci osobnych kadrów, które sam komponuje w ciąg sekwencji) ale sam, dowolnie kreuje fabułę czytanego komiksu.

W efekcie otrzymujemy min.:
komiksy w postaci domina (pudełko dwukadrowych pasków, które zestawia się ze sobą):





komiksy na sześcianch/kostkach (jeden kadr na każdej ścianie):



komiksy w postaci scrabble (każdy kadr komiksu osobno):





komiksy „w pętli” (można je czytać „w kółko”, zaczynając od dowolnego kadru):




komiksy „w pętli”ułożone na planie „figury niemożliwej” (pochodnej wstęgi Mobiusa), co w niektórych przypadkach pozwala na dosyć swobodne poruszanie się/czytanie kolejności kadrów (niekoniecznie „w kółko”):





Oczywiście eksperymenty zapoczątkowane przez OuBaPo to nie tylko oddawanie inicjatywy fabularnej w ręce czytelnika.
Francuzi (a po nich amerykanie), sporo eksperymentują z układem obraz-tekst. Pojawiają się komiksy, w których całość tekstu (łącznie z dialogami) zostaje wyrzucona poza kadr, jak w starych „protokomiksach” (u nas mogliśmy to zobaczyć min. w wykonaniu Loustala), niektórzy idą o krok dalej i wyrzucają część tekstów dialogowych pod plansze (z rozpisaniem na osoby, jak w scenopisie), inni tworzą najpierw plansze i dopiero po narysowanego komiksu, wymyślają teksty i dialogi (u nas podobna metodę stosował, dosyć skutecznie zresztą, min. K.Gawronkiewicz).
Pojawiają się komiksy „szyfrowane” (zaczerpniętą z Oulipo, literacka metodą S+7), takie jak np.”Gorączkowe wspomnienie z dzieciństwa/Gorączkowe wspólnictwo z dziedziczką” Killoffera (ale, co ważne, „szyfrowany” jest zarówno tekst jak i obraz),
Jednak jeden z najciekawszych i najbardziej inspirujących komiksów, wywodzący się bezpośrednio z „Komiksu Potencjalnego”, powstaje za oceanem. „99 Ways to Tell a Story: Exercises in Style” Matta Maddena wydaje się być wzorcowym pomostem, łączącym komiks eksperymentalny z warsztatowymi podstawami, które są niezbędnym ćwiczeniem każdego, nawet najbardziej komercyjno-mainstreamowego autora, chcącego ŚWIADOMIE tworzyć komiksy.

C.D.N.

Komiks w przestrzeni galeryjnej (cz. 3)

W nawiązaniu do posta , zaległy materiał z wystawy Druilleta w Angouleme 2023 (tak, na żywo oryginały robią jeszcze większe wrażenie) : ...