sobota, 11 lutego 2012

Ale o co chodzi? (cz. 3)


Lawirując, w poszukiwaniu czegoś nowego, między „książką artystyczną” i komiksem (we wszystkich jego formach) dosyć łatwo można trafić na „Kodeksy”.
W swojej pierwotnej formie „Kodeks” to ręcznie wykonana (i wypełniona) książka, dwustronnie zapisane karty papirusu, pergaminu lub papieru, złączone na jednym z brzegów w całość. Z czasem takie manuskrypty zyskały dodatkowy walor w postaci „iluminacji”, (czyli zdobień) i ilustracji. Aż do wynalezienia druku, forma „kodeksów” rozwijała się, tworząc coraz bardziej rozbudowane kompozycje tekstowo-graficzne, w których tekst, liternicze inicjały, zdobienia marginesów i ilustracje, tworzyły wspólny i jednolity (przenikający/uzupełniający się) przekaz.
A potem przyszedł Gutenberg ze swoją „techniką poligraficzną” i cała zabawa w manuskrypty uległa atrofii.
Swego czasu wspominałem o „Kodeksie Drezdeńskim”, który jest typowym przykładem kodeksu prekolumbijskiego (Wikipedia podpowiada określenie „Kodeksy Mezoameryki”).
Złożone w harmonijkę, dwustronnie wypełnione tekstowo-graficzną treścią manuskrypty, opisujące historię, zwyczaje, wierzenia, życie codzienne, kalendarium etc. docenili konkwistadorzy, zabierając je ze świątyń i wręczając dostojnikom kościelnym i państwowym na „starym kontynencie”, jako „Skarby Nowego Świata” (to dosyć logiczne, przetopić się tego nie dało, a wartość rynkowa, poza „rynkiem kolekcjonersko-koneserskim”, też raczej niewielka).
„Skarby” lądują w przepastnych bibliotekach klasztorów i prywatnych zbiorach i właściwie słuch o nich ginie.



Pierwszy „coming out” następuje pod koniec XIX wieku, pasjonaci wygrzebują zapomniane i podniszczone „Kodeksy” i publikują je (najczęściej w szczątkowej, fragmentarycznej formie).
Zaczyna się zabawa w „deszyfrowanie” treści i moda na „przepowiednie Majów”.
Druga fala reedycji to lata 60-te XX wieku, „Kodeksy”, starannie zebrane i obfotografowane, poddane analizom i częściowej transkrypcji, lądują na księgarskich półkach, trafiając idealnie w epicentrum rozkwitającej „flower power ery Wodnika”.

Równolegle, gdzieś na granicy percepcji współczesnych odbiorców kultury masowej, pojawiają się co jakiś czas, „tajemnicze” manuskrypty, niekiedy fikcyjne (jak chociażby „Necronomicon”), kiedy indziej autentyczne („Kodeks Rohonc”) lub o nieustalonym źródle pochodzenia i autorstwa („Manuskrypt Voynicha”), napisane w zapomnianych, zaszyfrowanych lub fikcyjnych językach, z ilustracjami na pograniczu abstrakcji i surrealizmu.

To na styku inspiracji „tajemniczymi manuskryptami” i „Kodeksami Mezoameryki” rodzą się współczesne „Kodeksy”.
Pierwszy z nich to kolejny kamyk do ogródka z komiksami abstrakcyjnymi, czyli „Codex Optica” Paula Dwyera. 158 stron rozkadrowanej, abstrakcyjnej zabawy graficznej, którą Dwyer publikował regularnie na swoim blogu, by ostatecznie wydać w formie „kodeksu”.




Drugi „kodeks” to zdecydowanie „grubszy kaliber”, ale jednocześnie znacznie trudniejszy orzech do zgryzienia.
„Codex Seraphinianus” Luigiego Serafiniego to 370 stronicowe tomiszcze (pierwotnie wydane w dwóch tomach, w 1981 roku), które stanowi kompleksowe opisanie pewnego świata/rzeczywistości.
Pozornie wszystko gra, mamy książkę („książkę graficzną”), z tekstem, ilustracjami i komiksami, które wzajemnie się przenikają i uzupełniają. Są rozdziały opisujące zwierzęta, geografię, zwyczaje i ubiory mieszkańców etc., ale właśnie, nie tyle opisujące, co stwarzające pozory takiego opisu, bo całość „tekstu” to wymyślony przez autora, fikcyjny język, spisany równie fikcyjnym alfabetem, zaś większość ilustracji oscyluje na pograniczu abstrakcji.
Jedynym czytelnym i zrozumiałym (oczywiście pozornie) dla nas, elementem tej książki jest „SEKWENCYJNOŚĆ”.
Tylko w momentach, w których „seria statycznych obrazków ułożonych obok siebie, stanowi spójną całość narracyjną i znaczeniową” mamy szansę pojąć cokolwiek z „Codex Seraphinianus”.
I chociaż dzieło Serafiniego nawiązuje bezpośrednio do „Kodeksu Voynicha” i „Kodeksów Mezoamerykańskich”, w których możemy co najwyżej doszukiwać się elementów parakomiksowych, to samo w sobie spełnia wszystkie warunki definiujące komiks.
Tyle, że nigdy i nigdzie nie spotkałem nawet z próbą nazwania go komiksem?
Hm…

3 komentarze:

pszren pisze...

ciekawe że iluminatorzy generalnie zmagali się z problemem uznania swoich dzieł za prawdziwą sztukę - coś jak z komiksami. za to np. ilustratorzy czy satyrycy (rysownicy satyryczni) czasem nawet zdobywali niezwykłą popularność!

na marginesie - ja tam daję nazwę komiks do tego co się da, w końcu komiks to sposób widzenia świata :)

turucorp pisze...

Z tymi iluminatorami pozornie masz racje, ale zobacz jak cenne byly ich dziela, owczesny malarz zyl na garnuszku mecenasow, a rzeczywiste wartociowanie jego tworczosci odbywalo sie najczesciej posmiertnie. A manuskrypty praktycznie od razu stanowily spora wartosc, tyle, ze iluminatorstwo postrzegane bylo jako czyste rzemioslo a nie forma sztuki, a w dodatku parali sie nim zakonnicy, ktorzy raczej nie mieli szans na osobiste osiaganie korzysci.
Wydaje mi sie, ze z czasem robienie ksiazek przestaloby byc domena kosciola, a w rekach ludzi swieckich zyskaloby na uznaniu i podnioslo status tworcow.
Niestety,upowszechnienie druku skutecznie temu zapobieglo.
Z drugiej strony, dzisiejsza "cyfryzacja" powoduje, ze samam fizycznosc ksiazki i komiksu, staje sie powoli czyms specjalnym, unikatowym, wracajac do korzeni manuskryptow.

Mikołaj Ratka pisze...

O, akurat planuję krótki komiks inspirowany Kodeksami. Na razie zrobiłem wstępny scenar, rysunki być może też zrobię "kodeksowe" i na mfk powinienem się wyrobić.

Kanon nieoczywisty (cz. 3, adaptacje)

Nie ukrywam, że mam od zawsze problem z komiksowymi adaptacjami literatury, bo o ile filmowcy traktują bardzo często materiał wyjściowy jako...