piątek, 28 października 2016

Kanon nieoczywisty (cz. 2)

"FLOOD!" Eric Drooker
O "FLOOD!" pisałem już kilkukrotnie, jednak w tym "rankingu" po prostu nie mogło go zabraknąć. Jeden z najbardziej utytułowanych i nagradzanych komiksów amerykańskiego undergroundu (doceniony min. przez Bibliotekę Kongresu USA, nagrodzony American Book Award), semibiograficzna, trzyczęściowa "powieść graficzna"nowojorskiego autora, która dotarła nie tylko do wąskiego grona pasjonatów, ale odcisnęła silne piętno na kulturze (nie tylko alternatywnej) lat 90-tych. Uważny obserwator bez problemu odnajdzie prace Drookera na punkowych plakatach i ulotkach z tamtego okresu (również w naszym kraju), kadry z "FLOOD!" pojawiają się na, jakże charakterystycznych okładkach płyt "Faith No More", zaś przytłaczające drapacze chmur w jego wykonaniu, są regularnie pojawiającą się ozdobą okładek "The New Yorker".
Wróćmy jednak do samego komiksu. Drooker podzielił swój komiks na trzy części, każdą zrealizował w innej technice (rysunek tuszem, scratchboarding, dodatkowy (jeden) kolor), zmienia też stopniowo styl swoich rysunków i charakter opowieści.
Lynd Ward, Frans Masereel i Laurence Hyde to oczywiści ojcowie chrzestni tego komiksu, jednak Drooker robi odważny krok do przodu, stawiając na kadrowanie i rozbudowaną kompozycję plansz, dzięki czemu znacząco zagęszcza fabułę i uzyskuje jeszcze bardziej monumentalny klimat.
Wspominałem, że to niemy komiks? (no dobra, na czterech stronach pojawia się tekst)












 "PROSOPOPUS" Nicolas de Crecy.
De Crecy nie ma szczęścia do publikacji w naszym kraju, wprawdzie Timof wydał swego czasu "Super Pana Owoca", a Egmont trylogię "Dziadek Leon", jednak najważniejsze komiksy tego francuskiego tuza "rysunku natychmiastowego" wciąż oczekują na publikację (i zasłużone uznanie).
Wśród nich nietypową perełką jest właśnie "Prosopopus". Nietypową, bo to bodaj jedyny niemy komiks zrealizowany przez Nicolasa de Crecy.
Kryminalny thriller, fantasmagoria, zakręcona opowieść o Sztuce (tak, tej przez duże "S"), miłości, pożądaniu, zemście i wielkich pieniądzach, a wszystko podane w obłędnym stylu, pełnym gęstych kreskowań i nietypowo zastosowanego koloru "z komputera" (de Crecy, jako jeden z nielicznych, traktuje tablet graficzny jak pędzel, wypełniając komiksowe kadry za pomocą "cyfrowego" piórka w prawie identyczny sposób jak robi to w innych albumach, w których stosuje klasyczne techniki malarskie).









"Ici meme" sc. Jean-Calude Forest, rys. Jacques Tardi
W Polsce (a mam wrażenie, że nie tylko) Tardi postrzegany jest jako swego rodzaju dokumentalista, przełomowe epizody z historii,  Komuna Paryska, I Wojna Światowa, to tematy, które Tardi eksploruje samodzielnie (i często subiektywnie). Jednak jego najciekawszym (moim zdaniem) komiksem pozostaje, stworzony do scenariusza J.C. Foresta ("Rozbitkowie Czasu", "Barbarella") "Ici meme" (czyli "Jesteś tutaj").
Pogrążona w oparach absurdu, szalona wizja wyspy Mornemont, która, na skutek zabiegów prawnych, została podzielona między bliższych i dalszych krewnych, Podzielona starannie na działki, rozgraniczone wysokim (i dosyć szerokim) murem, na którym żyje główny bohater tej opowieści, Arthur Meme. Żyje dosłownie, bo porusza się tylko po murze, śpi w mikroskopijnym domku wybudowanym na murze, ba, nawet potrzeby fizjologiczne załatwia w zainstalowanej na murze "sławojce" (chociaż muszla klozetowa wydaje się być podłączona do jakiegoś rozbudowanego systemu kanalizacji). Forest i Tardi skupiają się na przedstawieniu finału blisko dwudziestoletniej egzystencji Arthura na, podzielonej labiryntem posesji, wyspie.









Brak komentarzy: