piątek, 13 grudnia 2013

O komiksie w filmie (tyle, że trochę inaczej)

Pamiętam jak nastoletnim pacholęciem będąc, zobaczyłem pierwszy raz "Zawodowca" ("Le Professionnel) Georgesa Lautnera. Ten, zrealizowany w 1981 roku, francuski film, miał w sobie wszystko żeby uwieść mój młodzieńczy umysł i do dziś (przyznaję, że również ze względów nostalgicznych) znajduje się bardzo wysoko w osobistym rankingu "the best of".
Genialny, nominowany (zasłużenie) do nagrody Cezara utwór "Chi Mai" Ennio Morricone,


który, jak się później dowiedziałem, został oryginalnie skomponowany do filmu "Maddalena" Jerzego Kawalerowicza.
Do tego przebojowo skonstruowana fabuła, czyli wątek sensacyjny polany scenami walki (zestarzały się straszliwie), odrobiną erotyki (dziś lekko zabawnej) i wsparty sporą dawką humoru (nadal bawi).
Świetna (chociaż klasyczna) pierwszoplanowa rola Jeana-Paula Belmondo (w scenach kaskaderskich brał udział osobiście, bez dublera), niesamowity Robert Hossein jako lekko psychopatyczny, rysujący coś w swoim szkicowniku w chwilach najwyższej koncentracji, komisarz Rosen i ciekawa kreacja Michela Beaune jako kapitana Valeras.
Wiele lat i oglądnięć później odkryłem, że to właśnie scena rozgrywająca w domu tego ostatniego, intryguje coraz bardziej mój "geekowski" umysł.
Bo kapitan (francuskiego wywiadu) Valeras, to po służbie wyrafinowany kolekcjoner, jego zbiory to przede wszystkim drogocenna (już wówczas), licząca od 100 do 150 sztuk, kolekcja japońskich robotów-zabawek (Belmondo rzuca w pewnym momencie nieczytelny w naszych zunifikowanych czasach tekst, o tym jak to niemieckie baterie nigdy nie pasują do japońskich robotów). Jednak to nie wyeksponowane na pierwszym planie roboty są najciekawsze, ale to co wisi w tle, na wszystkich ścianach.
Jakiś czas temu, nie mając jeszcze kopii filmu, zacząłem instynktownie grzebać po forach, okazało się, że francuscy komiksiarze namierzyli dwie plansze, które Philippe Druillet stworzył do swojego  komiksu "Gail" (z cyklu "Lone Sloane") inspirując się "Wyspą umarłych" Arnolda Bocklina.




Ostatni zakupiłem w końcu film na DVD, znalazłem chwilę czasu i mając wskazówkę odnośnie autora plansz, pogrzebałem trochę (w pamięci i na sieci) i wygrzebałem kolejne "elementy filmowej scenografii" (oczywiście również autorstwa Druilleta).
Czyli plansze z "Salammbo":






Ciekaw jestem czy oryginały zostały wypożyczone do filmu, czy może scenę kręcono w autentycznym mieszkaniu jakiegoś kolekcjonera? Wiem jedynie, że kilka lat temu te plansze pojawiły się w sprzedaży i solidnie wydrenowały czyjś portfel (obie plansze z "Gail" poszły prawdopodobnie za 40 000 EUR każda, portale aukcyjne podają aktualną estymację w przedziale 40-60 tyś.).
Gdybym swego czasu posłuchał starszych i mądrzejszych kolegów, to miałbym teraz oba albumy na półce i dawno temu rozpoznałbym je w filmie. Zamiast tego kupowałem nowsze albumy Druilleta, odkładając zakup "Gail" i "Salammbo" na później. Trudno, przynajmniej teraz mam mocniejszą motywację, żeby je w końcu nabyć.
Swoją drogą zabawne, że to plansze w wykonaniu Druilleta, a nie Moebiusa (który przecież wielbił Belmondo przy każdej okazji), pojawiły się w tym filmie. Czyżby efekt ówczesnej konkurencji między tymi twórcami? (Moebius podobno zdecydował się ostatecznie na wyjazd do Hollywood i pracę przy "Alienie", dopiero kiedy usłyszał, że taką samą propozycję dostał Druillet).

5 komentarzy:

Pharas pisze...

Dobry wpis! Czekam na więcej.

Rafal pisze...

Bardzo ciekawy i fajny wpis!

dipsioi pisze...

Też pamiętam Zawodowca, a Salammbo warto kupić przede wszystkim dla samej historii.

turucorp pisze...

Czytalem powiesc Flauberta, z komiksem mam ten problem, ze moja znajomosc francuskiego jest na poziomie "slownikowym" (czyli slownik francusko-polski + translator google i mozolne wklepywanie tekstow), dlatego tez odkladam sporo komiksow frankonskich "na pozniej" :(

dipsioi pisze...

Mam to samo z hiszpańskim niestety, a Salammbo komiks to żaden problem jeżeli czytało się książkę. Poza prologiem i epilogiem komiks to zilustrowany tekst Flauberta,tyle że wszystko podane jest w fantastycznym sosie, np lwy z powieści zmieniają się w pustynne smoki.

Kanon nieoczywisty (cz. 3, adaptacje)

Nie ukrywam, że mam od zawsze problem z komiksowymi adaptacjami literatury, bo o ile filmowcy traktują bardzo często materiał wyjściowy jako...