W związku z dwoma wywiadami
u Lucka i
u Jima oraz w nawiązaniu do dyskusji
u MRW pozwolę sobie na kilka słów komentarza.
Mam dziwne wrażenie, że zbyt wiele osób mylnie stawia znak równości między określeniami „komiks historyczny” i „komiks martyrologiczny”. Mam również nieodparte wrażenie, że gdybym był chińczykiem to bardzo by mi się podobały polskie „komiksy martyrologiczne” (vide spektakularny sukces „Historii Polski” wg Bagińskiego).
Ba, gdybym był historykiem z IPNu, albo
nacjonalistą, to też byłbym zachwycony.
Niestety, jestem zwykłym zjadaczem chleba, dla którego sama opowieść, emocje, krew i pot mają stokroć większe znaczenie niż prawidłowo narysowane skrzydła Junkersa Ju 87„Stuka”, albo szprychy w wózku motocyklowym BW 34 marki BMW.
Z jednej strony rozumiem potrzebę dostosowania się do wymogów sponsorów „komiksów martyrologicznych” (po moim ostatnim „otarciu się” o tego typu realizację do dzisiaj mam wysypkę) i akceptuję sytuację, w której autorzy decydują się na „mieć”, (czyli, że udaje im się jednak zarabiać tutaj i teraz na komiksie) zamiast „być”, (bo, z tego co czytam w wywiadach, aspiracje mają znacznie większe).
Z drugiej strony jednak, nie rozumiem samozadowolenia i mylenia sponsorowanej (i kontrolowanej) „martyrologii” z „historycznością”. Szczególnie w kontekście komiksów Tardiego, Trondheima, Bilala czy Davida B., którzy udowadniają, że niekoniecznie trzeba „hiperrealistycznie” i zgodnie z katalogami wyposażenia i uzbrojenia żeby było „historycznie”.
Najbardziej zadziwia mnie (i wkurza) fakt, że jako mieszkaniec Śląska („Korfanty”), który sporą część dzieciństwa spędził w Kuryłówce („Wyzwolenie? 1945”), a alergię na „czerwone pająki” („Łupaszka 1939”) wyssał z mlekiem matki, jestem (teoretycznie) docelowym odbiorcą tych komiksów.
Tyle tylko, że jedynie teoretycznie, bo „historycznie” (patrząc przez pryzmat mojego miasta) znacznie mi bliżej do husytów (w wydaniu Davida B.), niż do wklejonego (na siłę i po interwencji historyków) lancknechta, jako symbolu rycerstwa na ziemiach śląskich.
„Geograficznie” bardziej jest dla mnie wiarygodna wieś Sfara w „Klezmerach” (pomimo tego, że jest bardziej „żydowska”) niż Wyrzykowskiego „w „Wyzwoleniu?” (ja rozumiem, że scenarzysta z rysownikiem sms-ami ustalali, czy to miasteczko czy wioska, żeby wirtualnie „dobrać otoczenie”, tyle tylko, że ta wioska jest dosyć specyficzna, bo w centrum stoi murowana cerkiew itd. itp.).
A emocjonalnie, to żadnemu z polskich autorów nie udało się jeszcze tak doskonale i wiarygodnie oddać „ciężaru pajęczyny utkanej przez czerwone pająki” jak Bilalowi w „Polowaniu”.
Niestety, mamy „ładne obrazki”, mamy „zgodność historyczną” i „martyrologię”, ale obawiam się, że na „KOMIKS HISTORYCZNY” z prawdziwego zdarzenia, przyjdzie nam jeszcze długo poczekać.
Bo potencjał jest, tylko kierunek trochę nie w tę stronę, a drogi do celu strasznie splątane i niełatwe.