wtorek, 23 października 2012

"Obrazki we mgle"

Jak to jest "zrealizować symultanicznie dwie wystawy w jednym mieście" musicie zapytać Grzegorza Pawlaka. Komiks z antologii gliwickiej "Niczego sobie", który GiP zrobił z Danielem Gizickim zamyka właśnie cykl wielkoformatowych prezentacji przed Czytelnią Sztuki (oddział muzeum miejskiego w Willi Caro).



Cykl wystaw został zauważony "na mieście" (praktycznie nie ma tygodnia, żeby ktoś ze znajomych nie pytał się "o co kaman?"), podobno pojawiały się również zorganizowane wycieczki, robiące sesje zdjęciowe (zaobserwowano grupy Japończyków i Niemców), antologia praktycznie już jest wyprzedana (ostatnie egz. są jeszcze w niektórych księgarniach komiksowych i Daniel Gizicki przygarnął resztkę nakładu do księgarni stacjonarnej w Gliwicach).
Oczywiście wciąż pojawiają się kolejne "Niczego sobie torby" , które są chyba ostatnim (ale bardzo popularnym) elementem całej akcji.

Foto: materiały prasowe organizatora
W myśl zasady "coś się kończy, coś się zaczyna" zaczynamy powoli robić szum wokół kolejnej, tym razem "stricte śląskiej" antologii (więcej szczegółów wkrótce). Na początek pojawiła się zapowiedź i prezentacja jednego komiksu ("Kiedy domy śnią") w katowickim magazynie "KTW".






http://d.naszemiasto.pl/k/r/54/d8/4fcddc377a021_o.jpg
Do tego dochodzi "oswajanie potencjalnych czytelników z komiksikami", czyli np. kolejna wystawa w przestrzeni miejskiej. Tym razem na ścianach pod kolejowym wiaduktem (tak, wśród moich znajomych już krąży mem "turek wisi pod mostem") zrealizowaliśmy wraz z GiPem cykl parakomiksowych grafik na zlecenie centrum handlowego "Forum", które przy współpracy min. z TVN prowadzi akcje "Happy New York".
23 duże bilbordy (z czego zawisło 21, bo dwa były "na zapas")), z mojej strony jakieś 120 dodatkowych roboczogodzin tuż przed MFK (Grzegorz też zdaje się trochę "flaków sobie wypruł") i w efekcie sporo niezłych (chyba?) wielkoformatowych grafik, które dumnie się prezentują w jednym z najbardziej ruchliwych miejsc w mieście. Wystawa powisi sobie dłuższą chwilę, a zatem, jeśli ktoś zahaczy przypadkiem o Gliwice, to serdecznie zapraszam (przysłowiowy "rzut beretem" od dworca PKP).






















sobota, 20 października 2012

Tajemnice alkowy, czyli dlaczego mem "plecy konia" bywa śmieszny? (cz. 1)

Nie jest żadną tajemnicą, że fotografia bywa bardzo sympatycznym, poręcznym i wygodnym narzędziem dla grafików i malarzy. Wystarczy wyobrazić sobie np. Jana Matejkę przy pracy nad "Bitwą pod Grunwaldem" żeby zrozumieć jak rewolucyjną była możliwość natychmiastowego zapisania obrazu. Dziesiątki statystów, upozowanych, poprzebieranych, godzinami stojących w jednej pozie, dokomponywowanie elementów ubioru i uzbrojenia, problemy ze zmianą oświetlenia itd. itp.
Masakra! (i to kosztowna i czasochłonna masakra)
Pamiętam artykuł w jednym z numerów tygodnika społeczno-kulturalnego "Radar" (heh, to był niezły beton propagandowy), znany i uznany autor ilustracji i obrazów o tematyce batalistycznej, ujawniał w nim tajniki tworzenia wielkoformatowych obrazów z pomocą slajdów wyświetlanych na blejtramie.
Pomyślcie o Matejce, który dostaje do ręki, nie kiepski jakościowo dagerotyp, który trzeba retuszować żeby cokolwiek było widać, tylko kolorowy slajd, który może wyświetlić na dowolnym podłożu i w dowolnym formacie!
Możliwość zapisania obiektów i postaci w ruchu, możliwość zobaczenia obrazów widzianych cudzymi oczami, z miejsc, w których nigdy się nie było...
Nic dziwnego, że twórcy komiksów "od zawsze" korzystają z różnorodnych możliwości fotografii.
Przyjrzyjmy się, jak w praktyce i mistrzowskim wydaniu, wygląda zastosowanie fotografii w procesie pracy nad komiksami.
Jean Giraud, czyli Moebius już w "Blueberrym" obsadził w roli głównej Jeana-Paula Belmondo (co było o tyle wygodne, że Belmodo występował w kilku filmach rocznie, więc fotosami z jego twarzą, w różnych ujęciach, można było oblepić sobie wszystkie ściany w mieszkaniu).


Niestety, w czeluściach internetu zniknęła strona, zbierająca większość zdjęć "referencyjnych" zestawionych z kadrami komiksów, góry Sierra Nevada, pustynia Mojave, fotografie Indian w strojach plemiennych, fotosy z westernów itd. itp., ogrom pracy włożony w wyszukiwanie tych materiałów przez Moebiusa (przypomnę, o wyszukiwarkach internetowych śnili wtedy co najwyżej "fizjolodzy") i ogrom pracy włożony w przekładanie tych zdjęć na elementy rysunków zawartych w pojedynczych kadrach, przy zachowaniu własnego stylu graficznego.



 Oczywiście w późniejszym okresie swojej twórczości Moebius korzysta równie ochoczo ze różnorakich zdjęć, czasami oddając hołd jakiemuś artyście (jak chociażby Pati Smith w "Garażu...").

Kiedy indziej zafascynowany ludzką sylwetką uchwyconą przez obiektyw fotografa:



Tam gdzie musi, "pożycza sobie" cudze zdjęcia (często bez pytania), ale kiedy może, bazuje na własnoręcznie zrobionych fotografiach (np. rodzinnych, wplatając w komiks wątki autobiograficzne), niesamowitym popisem Jego wyobraźni jest chociażby album "Venise Celeste", w którym, bazując na zrealizowanej własnoręcznie sesji w plenerach, przedstawia wizję tego miasta pozbawioną wody:

Podejście Moebiusa do bardzo swobodnego korzystania z fotografii (szczególnie cudzych), wzbudza u wielu kontrowersje, warto jednak zauważyć, że praktycznie WSZYSTKIE Jego rysunki tego typu, są bardzo charakterystyczne, zawierają w sobie ten szczególny "lwi pazur", który powoduje, że Moebius pozostaje rozpoznawalny na pierwszy rzut oka, nadając nową wartość każdemu, nawet najwierniej przerysowanemu zdjęciu, a umiejętność splatania rysunków wykonanych na podstawie fotografii z rysunkami wykreowanymi za pomocą tylko i wyłącznie własnej ręki i głowy, ośmiesza wszelkie próby podważenia Jego mistrzostwa w kreowaniu komiksów.

Diametralnie innym, moim zdaniem na granicy szaleństwa, podejściem do tematu "fotografii jako narzędzia", cechuje się kolejny z twórców, czyli Tim Bradstreet. Tutaj nie ma miejsca na przypadek, inspirację "cudzym spojrzeniem", każda grafika jest staranie przemyślana, zaplanowana i jak najwierniej przerysowana. Najpierw wstępny szkic kompozycyjny, następnie profesjonalna sesja fotograficzna, z dobranym oświetleniem, ustawionym modelem etc., następnie mozolne przenoszenie z fotografii na rysunek w czerni-bieli (prawie jak "żywy filtr z photoshopa") i na końcu kolor:

Co ważne, to są rysunki, wykonane za pomocą ołówka i tuszu, hiperszczegółowo i dopiero w ostatniej fazie obrobione w komputerze! Taka technika daje oszałamiający efekt, jest jednak na tyle pracochłonna, że Bradstreet stosuje ją praktycznie wyłącznie do realizowania okładek, jedynie sporadycznie tworząc komiksy, niestety już bez tego maniakalnego odtwarzania fotografii (stosujący podobne zabiegi Travis Charest grzęźnie przy tym często na długie miesiące, czy wręcz lata, co skutkuje chociażby takimi "mieliznami" jak nieukończenie albumu "Broń Metabarona", którym musiał się zająć Janjetov).

Ostatnim w dzisiejszym wpisie (ale bynajmniej nie najpoślednieszym), jest Sean Phillips, czyli 1/2 duetu odpowiedzialnego min. za jeden z "gorętszych" seriali komiksowych zza oceanu (docenianego również u nas, mimo braku polskiej edycji), czyli "Criminal". Phillips bardzo chętnie dzieli się tajnikami swojego "kung fu" na autorski blogu, do którego odsyłam wszyskich zainteresowanych. A tutaj pozwolę sobie jedynie zaprezentować fragment Jego "patentów".
Dobór zdjęć (niekoniecznie własnych), skan, wstępna kompozycja kadrów na planszy, wydruk na niebiesko, szkicowy rysunek niebieską kredką lub markerem, lineart w czarnym tuszu, nałożenie dużych powierzchni czerni i uszczegółowienie elementów, następnie skanowanie (z automatyczną eliminacją niebieskiego) i dalsza obróbka w komputerze:





Jak wygląda praca nad okładką można się przekonać np. tutaj Warto również zauważyć, że dzięki takiej technice, Phillips zachowuje swój, bardzo szybki, rzekłbym reporterski styl rysowania, w którym wszystkie elementy są bardzo równomiernie rozłożone, a użyte zdjęcia na tyle umiejętnie wkomponowane w kadry, że kompletnie nie różnią się, w końcowym efekcie, od rysunków wykonanych "z głowy".
Na dzisiaj to tyle, wkrótce spróbuję omówić kolejne "sztuczki" stosowane przez "komiksowa masonerię", którymi uwodzi się czytelników.

niedziela, 7 października 2012

Jak ktoś nie ma konta na fejsie

Przysłowiowa "krótka piłka", czyli garść zdjęć z eMeFKa.

"Rewolucjoniści":

Wystawa Konkursowa:



Weście na giełdę:



 Wystawa Grzegorza Janusza:




Wystawa "komiksu kobiecego":



 Wystawa z "krajów ogarniętych głebokim kryzysem":



Igort i Marzi:


"Parówkożercy":



ja i "Ochohohoho":


a w tym momencie podobno było jeszcze 20 osób na liście kolejkowej (a przecież miałem już skończyć):


Uć:




Dziękuję wszystkim za dobre słowa, czytelnikom za poświęcenie czasu na stanie w tej abstrakcyjnie długiej kolejce, które wyrosła "niewiadomokiedy", ziomalom za tradycyjną atmosferę w podróży, ekipie z KG, za to, że tak dzielnie walczyli na stoisku, tym kilkudziesięciu osobom, z którymi zdołałem zamienić słowo, jak również tym, z którymi zaledwie zdążyłem się przywitać. Aha, no i oczywiście ojcom "Człowieka Parówki" za miejscówkę do snu.

piątek, 5 października 2012

06102012

Wygląda to tak:
i właściwie można już kupować.
Wydane (oczywiście) przez KG
80 str.
czarno-białych (wiadomo, w kolorze jeszcze nie umiem)
cena okładkowa: 39,90 pln
nakład taki, że dla wszystkich zainteresowanych powinno wystarczyć
w doborowym towarzystwie prezentuje się tak:

rozkład jazdy na MFK:
podpisuję (Textilimpex) od godz. 15.15
gadam (ŁDK, sala 221) od godz. 18.30
w tzw. międzyczasie można się o mnie potknąć min. w kolejce po autograf od Igorta i stoisku KG.
O kilku projektach, z którymi powoli wychodzę na prostą, postaram się poinformować wkrótce.
Aha, fotki podprowadziłem wydawcy, bo album w świecie rzeczywistym zobaczę dopiero jutro.

Komiks w przestrzeni galeryjnej (cz. 3)

W nawiązaniu do posta , zaległy materiał z wystawy Druilleta w Angouleme 2023 (tak, na żywo oryginały robią jeszcze większe wrażenie) : ...