sobota, 14 lutego 2009

Parafrazując mędrców sieciowych

Zapadam w stupor czytając to co ludzie wypisują o komiksach, zastępując "komiks" "filmem", "literaturą" czy "muzyką" utwierdzam się w przeświadczeniu, że (na szczęście?) problem ten dotyczy nie tylko naszego bagienka.
Bo poniższe parafrazy spokojnie pojawić by się mogły na forach o odpowiedniej tematyce, chociaż, w oryginale, pojawiły się oczywiście na stronach komiksowych.

Film
Film to fotografie w ruchu, z dźwiękiem w tle. Jest bardziej złożony i pracochłonny, wymaga też zaangażowania większej liczby osób (niż fotografowanie), jednak w końcowym efekcie daje wielką satysfakcję.

Jak polscy filmowcy robią tak zajebiste (wulgaryzm) filmy, to niech je kręcą w Hollywood dla pieniędzy, a hobbystycznie w Polsce.

Literatura
W Polsce pojawiło się dużo literatury kontrowersyjnej, wulgarnej; może to taki trend by szokować. Jednak ta droga doprowadziła do upadku literatury w Polsce, szczególnie literatury dla młodszego czytelnika. Sam się często zastanawiam kto to czyta. Często jestem we Francji i USA i widzę tam książki zupełnie inne, profesjonalne pod względem literackim i merytorycznym –taka książka się obroni. W Polsce trzeba wrócić do korzeni, nie można napisać dobrej książki w miesiąc. Jeszcze jeden problem to media –te z upodobaniem lansują literaturę kiepską i wulgarną, tego nie mogę zrozumieć. Z drugiej strony widzę jakie programy się realizuje w TV to nie powinienem się temu już dziwić. Mamy wspaniałą Marie Konopnicką i jej rewelacyjne historie o krasnoludkach, szkapie i Janku Wędrowniczku. Tak wybitna artystka, ceniona w Europie, jest przez polskie media zupełnie pomijana. Nigdy nie poświęcono jej dłuższej uwagi i nie zrobiono o niej całego programu. Dlaczego?!

Ostatnio kupuję mało polskich książek (krasnoludki tu pomijam, bo to jest już światowy rynek) bo są słabe literacko, ostatnio mile mnie zaskoczyło paru pisarzy w serii „Kolekcja Dziecka”, wiem, że książki w tej serii były tworzone w szybkim tempie na zamówienie wydawcy, to jakby dać im normalny czas potrzebny na dopracowanie tekstu, to myślę, że spod ich ręki wyszły by książki na wysokim poziomie. Tu brak jest tylko zainteresowania ze strony wydawców, którzy wolą zagraniczne licencje niż dać szansę polskim młodym autorom.

Muzyka
Faktem jest, że ja również nie słucham rocka (no dosłownie z paroma „kultowymi” wyjątkami) „muzyki” elektronicznej i innych eksperymentów, ale to kwestia tylko i wyłącznie tego, że akurat w kwestii muzyki jestem konserwatystą. Bez partytury, która dosłownie porządkuje muzykę, bez rozpisanych partii wokalnych, które nadają jej życia i dynamizmu, oraz (najlepiej) klasycznego instrumentarium, muzyka potrafi mnie zmęczyć […] w tym fragmencie nie piję do rocka akurat, tylko do wszelakich eksperymentów, które nazywa się muzyką, a które z klasyczną muzyką wspólne mają tylko to, że posługują się jakimś dźwiękiem.

Może, gdyby w rocku wszyscy stosowali zapis nutowy i załączali partytury do płyt, to bym zmienił zdanie, a tak rocka do muzyki nie zaliczam […] Nie mówię, że rock jest zły, beznadziejny i w ogóle obrzydliwy. Ale stawiać go na równi z czymś takim jak „Tu Es Petrus”, to duża pomyłka i nie chodzi tu tylko o poziom artystyczny. Nie słuchałem za wiele rocka, żadnej płyty nie zaliczyłem, dzięki bogu, w całości, ale różnice między klasyczną muzyką, czy to z przeszłości czy współczesną są ogromne. Nie po to powstała nazwa „rock” (jak najbardziej przyjęta w Polsce), żeby ktoś to nazywał „ muzyką rockową”, bo rocka grają też ludzie, którzy mają klasyczne wykształcenie muzyczne i czasami tworzą normalną muzykę […] Nie pisałem o tak zwanej „awangardowej” muzyce, czy udziwnieniach jak muzyka elektroniczna (tej drugiej po prostu nie lubię, ale jak twórca w ten sposób zbija kasę, to niech sobie żyje).

niedziela, 26 października 2008

"Wygrzebane"


Skończyło się zapalenie oskrzeli, zaczęła się ropna angina (po czterech dniach w przedszkolu).
A wracając do tematu:
-Ponieważ dałem ciała z kolejną edycją komiksu w 24 godziny (jeszcze raz sorry Timof), to pierwsza linka do tego co można zrobić w 24 godziny, czyli Kevin Cannon i jego „Blotchmen”.

* * *
Wskakujemy na „złotą erę komiksów amerykańskich”:
-W. Heath Robinson „Uncle Lubin” (wielbiciele kreski Baranowskiego zdecydowanie znajdą tu coś dla siebie).
-Corben, Richard Corben, tradycyjnie wstrząsający i nie zmieszany.
-ponieważ następny numer „Jeju” będzie o kobietach, to na zachętę trochę klasycznych obrazków z kobietami w wykonaniu Roberta McGinnisa.

* * *
O, i jeszcze to jest fajne; zupełnie współcześnie ze szkicownika Farela Dalryple.

* * *
O krajowych wydaniach staram się tutaj nie wspominać (inni robią to znacznie lepiej), a z importu ostatnio dotarły min.:
-„Tank Girl: The Gifting” Martina i Wooda (jest dobrze, ba, bardzo dobrze, ale i tak uważam, że nikt nie dorówna dwóm pierwszym miniseriom duetu Martin/Hewlett).
- „Pocket Full of Rain” Jasona, o rany, absolutne „musiszmieć” dla wszystkich wielbicieli Jasona i cios między oczy dla wszystkich tych, którym wydaje się, że Jason nie potrafi rysować „realistycznie” (cokolwiek to znaczy).
-„The Wipeout” Francesci (jak to będzie po naszemu? Franciszki?) Ghermandi, Włoszka, która konkretnie wymiata, a min. dzięki Gilowi, miałem możliwość zauważenia jej twórczości już na początku kariery po obu stronach oceanu (dzięki Gilu).

* * *
Acha, i jeszcze tak gwoli ścisłości, bo chwilę temu sporo „znawców” ponownie błyszczało na forach, specjalnie, z dedykacja dla nich, rzut oka do Wikipedii (czyli prościej już nie można):
Realizm
Hiperrealizm
Iluzjonizm
Akademizm

sobota, 11 października 2008

"bla, bla, bla, em, ef, ka"

Emefka…
nie, nie będzie o tym, kto stoi (finansowo) za „Thorgalem”, nie wspomnę również o qui pro quo w wykonaniu KRLa, ba, pominę milczeniem historię o tym, kto dał komu do podpisania, wydany u nas komiks, na którego wydanie nie była jeszcze sfinalizowana umowa.
Za to zwrócę uwagę na to, że na stoisku Reproduktu obowiązywał przelicznik 3 pln za 1 euro, a oprócz niemych komiksów Trondheima można było zakupić min. równie niemy komiks Diecka czy, tylko trochę „gadane”, komiksy Anke Feuchtenberger.
Co jeszcze? Dłuuuuuuuuuga sesja autografów w stanie lekko chorobowym, Mateusz S. zdradzający (półoficjalnie ?) kto wyda kolejny tom „Rewolucji” (taki trochę obok głównego cyklu), Andrzej B. ujawniający (zupełnie oficjalnie) niuanse współpracy z Brytyjczykami, itd. itp…. a zresztą, zmęczony i chory byłem, dzieciaki też chore, szpital, antybiotyki i wszystko w ten deseń.

* * *
Po Emefka…
pismo polecić chciałem, podobno to taki „”Przekrój”dla kobiet”, ale przeczytałem i uważam, że niekoniecznie tylko dla kobiet, i komiksy są, i to dobre komiksy, bo i Butenko i Rafał Sz. dają radę. „Bluszcz” się to to nazywa (i jest do kupienia praktycznie wszędzie).

* * *
W czerwcu wspominałem o „Ikarusie” Manuele Fiora, a kilka dni temu, buszując po półkach z książkami w jednym z hipermarketów, trafiłem na bardzo sympatyczną serię, wydawaną przez Egmont, „Piraci, do abordażu!” autorstwa Sebastiano Ruiza Mignone, z ilustracjami Manuele Fiora właśnie, rzecz wprawdzie dla dzieciaków, ale warto sięgnąć na półkę i spojrzeć jaką fantastyczną łapę ma ten facet (a oryginały z „Ikarusa” można sobie kupić, o, na takiej fajnej stronie).

* * *
Na dzisiaj starczy, reszta jutro.

czwartek, 11 września 2008

No i po wakacjach


Nie biorę udziału w żadnym konkursie na bloga, nie interesuje mnie jakikolwiek ranking popularności czy jakieś inne fiu bździu.
Jak jestem na urlopie to nie będę biegał po górach w poszukiwaniu zasięgu wifi czy kawiarenki internetowej, a piszę tutaj jak mam coś do napisania, a nie po to żeby robić za dziennik prasowy.
I tyle.

* * *

A teraz wróciłem z gór i na początek paczka zza oceanu, a w niej min. rewelacyjnie pokręcona cegiełka czyli „Epileptic” Davida B. oraz kolejne dziełko do mojej kolekcji niemych komiksów w postaci „Combustion” Chrisa Laniera.

* * *

W kolejce do zakupu lądują właśnie świeżo wydana, papierowa wersja sieciowego „Ojingogo” Matta Forsytha w edycji D&Q, oraz zapowiadana reedycja dzieł zebranych Teda McKeevera z Image Comics (na początek „Transit”).

* * *

Fajne rzeczy z sieci:
-skromny ale intrygujący blog z rysunkami Stefana Gleruma
-Caustic Cover Critic, czyli blog o okładkach, typografii i różnych takich intrygujących rzeczach. Naprawdę warto pogrzebać, chociażby żeby zobaczyć trochę prac Lynda Warda, czy Alicję” i „Hobbita” w graficznej interpretacji Tove Jansson, jest też sporo o komiksach, szczególnie tych „nie mainstreamowych”.
Miłego czytania i oglądania .

sobota, 26 lipca 2008

Fotonerdometropolis

Fotokomiksy?
A czemu by nie?
Tod Kapke prezentuje jak za pomocą kartki papieru, ołówka, odrobiny inwencji, aparatu i photoshopa przetworzyć naszą siermiężną rzeczywistość.
Proces twórczy.
Efekt końcowy.

* * *

Jeden z najbardziej ekstremalnych sposobów na ustawianie swojej kolekcji na półkach, czyli paleta CMYK w pełnej krasie.

* * *

Michael Kaluta to twórca trochę zapomniany (a u nas mało znany), a szkoda, bo jego wersja „Metropolis” Langa robi wrażenie. Swoją drogą, Fritz Lang ma spore szczęście do epigonów (szczególnie komiksowych), genialne „M” Jona J. Mutha czy ekstremalne „elseworldy” małżeństwa Lofficier i Teda McKeevera to komiksy, które nieźle namieszały mi w głowie.

* * *

Trochę prywaty, czyli wieści z frontu:
-skończyłem bazgrać dwa dwustronicowe szorciaki, jeszcze tylko zeskanować, odrobinę skompresować i wysłać pod odpowiednie adresy. Przy pomyślnych wiatrach (czyli po zaakceptowaniu przez red.naczy) do zobaczenia/przeczytania w najbliższych numerach „Jeju” i „Ziniola”.
-najnowsza recenzja „Bajabongo”, pięć gwiazdek w wykonaniu „Kolca” (Dzięki!).

czwartek, 17 lipca 2008

Necrofobia

Cierpliwie czekam na nowego „Batmana”, zastanawiając się jednocześnie nad tym dziwacznym filmowym fatum. Reeve u szczytu sławy spada z konia i łamie sobie kręgosłup, Brandon Lee zastrzelony na planie filmu, który właściwie otwierał mu drogę do wielkiej kariery, a teraz Heath Ledger. Wydaje się, że granie w filmowych adaptacjach komiksów jest równie niebezpieczne jak bycie gwiazdą rocka przełomu lat 60-70-tych ubiegłego wieku. Ciekawe co na to statystyki i tropiciele teorii spiskowych?

* * *

Zapowiadane przez Hella Komiks wydanie „Fistful of blood” skłania mnie do refleksji nad dosyć specyficzną polityką wydawniczą, która u nas panuje.
Bo, jakby na to nie patrzeć, Bisley jest nadal jednym z najbardziej „gorących” twórców w naszym kraju, a jednak mało kto schyla się żeby wydawać jego komiksy. Egmont bez problemu mógłby wrzucić chociażby „Heavy Metal Dredd”, ale zamiast tego woleli uraczyć nas „mistrzowskim” „Fetyszem”, co skutecznie wyleczyło wielu czytelników z fascynacji Dreddem. Równie łatwo mogliby wydać Bisleyowskie „ABC Wariors, The Black Hole”, ale nie, bo po co?
Cicho również o, moim zdaniem genialnym, „Melting Pot” i pojechanym „Bodycount”, chociaż zdobycie licencji na te komiksy nie powinno sprawić nikomu większych problemów.

A skoro już jestem przy potencjalnych pewniakach, to kompletnie nie rozumiem dlaczego żaden wydawca w naszym kraju nie pokusił się nadal o wydanie „The Crow” O’Barra? (że o jego kontynuacjach nie wspomnę).

I przy okazji, skoro dolar taki tani, a wydawcy odpuszczają import z USA, szybki rzut oka na półkę i równie szybka polecanka dla wielbicieli komiksów w klimatach Bisleya, John Mueller i jego „Oink”, czyli piękna i chora rzeźnia, którą jeszcze gdzieniegdzie można dorwać.

* * *

A na zakończenie „Retronomatopeya”, czyli sympatyczna ramotka w stylu retro.
Smacznego.

piątek, 4 lipca 2008

Króciutko

Szybki i krótki wpis (bo zmęczony jaki ostatnio jestem).
Po pierwsze, z jednego człowieka da się zrobić 240 ołówków (w bardzo sympatycznym pudełku i w dodatku każdy ołówek sygnowany imieniem, nazwiskiem, datą urodzenia i śmierci) .
A po drugie, tutorial jak samemu pozszywać sobie własny album komiksowy. Sympatyczne.

Komiks w przestrzeni galeryjnej (cz. 3)

W nawiązaniu do posta , zaległy materiał z wystawy Druilleta w Angouleme 2023 (tak, na żywo oryginały robią jeszcze większe wrażenie) : ...